środa, 31 grudnia 2014

Muzyczne podsumowanie roku 2014

Kiedy tak siedziałam i myślałam nad tym, co udało mi się poznać w tym roku, doszłam do wniosku, że zrobię coś na zasadzie muzycznego podsumowania a'la Hana, tylko na swój sposób.

Kategoria pierwsza: Zaskoczenie roku

W zasadzie zaskoczenia były dwa. Pierwsze to Kalafina - zespół, który pokazał mi, że dziewczęta w muzyce też są godne uwagi.
Drugim była Ewa Farna, dzięki której odkryłam, że nie tylko japońska muzyka może być genialna.

Kategoria druga: Najbardziej utalentowany wokalista

W tym roku poznałam naprawdę wielu wokalistów, ale jeden zrobił coś, czego w zasadzie nikt wcześniej nie potrafił. Wyprzedził Shina i wbił się na czwarte miejsce. Nie byłoby to dziwne, gdyby nie to, że on ma niski głos, a ja wolę raczej te wysokie. Panie i panowie, Chisa!
Tak, DIV pokazało mi, że jest genialnym zespołem, a najmocniejszą stroną jest właśnie jego głos.

Kategoria trzecia: Najbardziej utalentowany gitarzysta

Żeby gitarzysta mi zaimponował, naprawdę musi w nim coś być. Dotychczas udało się to tylko Akiyi, Die'owi i Kaoru. Tymczasem pojawił się ktoś, kto swoją grą na gitarze również rozwalił mi światopogląd.
Tak dokładniej, Nao z heidi.. Intra do piosenek, solówki, wszystko wychodzi mu znakomicie. Biję pokłony i w ogóle ave.

Kategoria czwarta: Najbardziej utalentowany basista

Basista ma łatwiej od gitarzysty - wystarczy, że weźmie do rąk pięciostrunowy bas i już jestem jego. Pozdrawiam Nao z Kagrry, (który czasem ma nawet sześciostrunowy), Ruiego z vistlip i paru innych basistów, którzy potrafią zrobić coś więcej na basie, niż tylko szarpnąć trzy chwyty na krzyż. I oczywiście naszego zwycięzcę.
Hej, Ivy. Jak dla mnie, nie obrażając Zilla, Moran dużo zyskał na zmianie składu.

Kategoria piąta: Najbardziej utalentowany perkusista

To jest tak oczywiste, że pewnie nie chce nawet wam się czytać.
Tak, druga kategoria wygrana przez kogoś z Morana. Dzień dobry, Soan. Udało ci się wyprzedzić Izumiego w moim rankingu perkusistów. Więcej poczytajcie sobie tutaj.

Kategoria szósta: Najlepszy zespół

Zespół poznałam przez przypadek, bo wbił do Polski, a znajduje się w ścisłym rankingu Kann, więc pojechałam na ich koncert z nią. Oczywiście mówię o heidi..

Kategoria siódma: Najlepsze PV

Tutaj się waham. Sądzę, że trzeba po prostu dać dwóch kandydatów.

Moran - "daraku e..."


THE KIDDIE - "Omelas"


Pierwszego kandydata za nich, drugiego za historię. Jeszcze warto wspomnieć o "Hitsuyou waru" 168 -one sixty eight-, ale to niestety nie jest już dostępne w internecie.

Kategoria ósma: Najlepsza płyta

THE KIDDIE - "Dystopia". Bezsprzecznie, choć "Supernova" Alice Nine też zasługuje na uwagę.
Znalezione obrazy dla zapytania: alice nine supernova

Kategoria dziewiąta: Najlepsza piosenka

Najlepszą piosenką tego roku zostaje "Butterfly Dreamer". I to właśnie dzięki niej postanowiłam napisać to podsumowanie.

To by było na tyle. Chyba, że mam zrobić dodatkową, dziesiątą kategorię na najlepszy pairing. Tak? Okej.

Kategoria dziesiąta: Najlepsze OTP

Soan&Hitomi, SoaHito czy jak to tam zwał. Są po prostu shipable i nikt mi nie powie, że nie.

A no i wypadałoby też trochę ponarzekać, czyli przed wami kategoria jedenasta.

Kategoria jedenasta: Największe zawody roku

Panie i panowie, uwaga. Zaczynamy hejty.

Po pierwsze: sukekiyo. Człowiek myśli, że jak Kyo się zajmie czymś innym, niż Direm, to nie będzie darł tyle japy i to będzie osom. Nie jest. Wybacz, Ealin.

Po drugie: Tytułowa piosenka THE KIDDIE z singla "1414287356". To jest dno i dwa metry mułu.

Po trzecie: Nowa płyta Sadie. Przesłuchałam kilka razy z nadzieją, że w końcu coś mi się spodoba. Ale jak "The Black Diamonds" było średnie, "Mardigal De Maria" jeszcze gorsze, to "Gangsta" jest prawie pomyłką.

Po czwarte: "Electric Romance" Anli Pollicino. Myślicie, że to wyżej to dno i pomyłki? To posłuchajcie tego. Albo lepiej nie, bo uszy wam odpadną.

Po piąte: To, jak brzmią wokaliści MoNoLith na żywo, już w ogóle jest nie do skomentowania.

Teraz to już naprawdę koniec. Oczywiście nikt nie musi się ze mną zgadzać.

Happy New Year! :)

czwartek, 25 grudnia 2014

Święta, imiona i smutki

Ogółem święta uważam za udane. Zrobiłam prezenty dla rodziny, Nishi, Kann i Murećki (Nishi dostała swój już w listopadzie, jak u niej byłam), sama parę rzeczy otrzymałam w podarku od Mikołaja. Wigilia minęła spokojnie, nikt nie marudził, było naprawdę okej. Mam dużo słodyczy, pewnie mi dupa od nich urośnie, ale no. XD

Mama dostała ode mnie świeczniczki w azjatyckim stylu, Babcia pojemniczki na przyprawy, a Dziadek i Tata długopisy z laserem i latarką. Każdy też dostał po czekoladzie. A największy ubaw mieli Dziadek z Tatą, serio.
- PATRZ, TATA, JAKI TO MA ZASIĘG.
- A JA MOJĄ ŻONĘ PODŚWIETLAM. A ONA NIE WIDZI.

Dzisiaj doszłam do wniosku, że najbardziej czuję się na Adawinry, potem na Adriannę, a na Adę prawie wcale. Jeszcze ogarniam, jak ktoś z dorosłych mówi na mnie Ada, ale ludzie w moim przedziale wiekowym... Czuję się wtedy dziwnie. Może to dlatego, że większość osób, które nazywały mnie w przeszłości tym zdrobnieniem, wymawiały je z jadem w głosie? Może to dlatego.

No i smutki. Po wydaniu genialnej, epickiej i w ogóle oszałamiającej płyty (którą chyba powinnam tutaj zrecenzować czy coś) THE KIDDIE ogłosiło rozpad. Moje Dzieciaki stwierdziły, że świetnym prezentem na Gwiazdkę będzie właśnie ta informacja. Trochę mi smutno, trochę pusto w serduszku. Numer dwa wśród zespołów, prawda?

Ale jak już kiedyś pisałam, przestałam już się tak tym wszystkim przejmować. Rozpadają się, no dobrze, ich decyzja. Muzyka zostaje. Dla mnie Kagrra,, THE KIDDIE, MoNoLith i D'espairsRay będą istnieć zawsze, w Dauto wciąż perkusistą będzie Minase, w Moranie Soan, Mai będzie gitarzystą Kry, a Isshi będzie żył. I tyle na temat. A trzeba otrzeć łzy i iść dalej w przyszłość. Nie ma sensu robić tagu "the end of the world", jak zrobiłam to po rozpadzie Kagrry,.

31 marca 2015 roku. Koniec kolejnej epickości. Powodzenia w nowych zespołach, chłopaki! Tylko nie znikajcie, a wszystko będzie dobrze. :)

poniedziałek, 17 listopada 2014

Poznańska rutyna

Nie, ten post nie będzie negatywny. Może wam się tak wydawać po tytule, ale to nieprawda! Ponieważ dla mnie, jeśli mogę popaść w jakimś miejscu w rutynę, oznacza to jedno - mogę pełnoprawnie nazywać je domem.

Siedzę teraz przed komputerem i jem spaghetti, które wyłożyłam sobie ze słoiczka. Makaron ugotowałam sama. Lubię gotować makaron. Lubię też robić sosy, ale dzisiaj zachciało mi się czegoś mięsnego. Sama nie wiem, czemu.

Są na uczelni ludzie, których lubię. Są też tacy, którym zaczęłabym klaskać, jakby zwalili się ze schodów. Ale to tak chyba wszędzie.

Tutaj, w mieszkaniu nr 9, wkurza mnie tylko jedna osoba. Czwarte piętro, długie schody... Ach, te marzenia. XD

To takie dziwne. Myślałam, że nigdy nie będę potrafiła żyć z dala od rodziny, od przyjaciół. A potrafię.

Czy to dziwne, że jestem z siebie dumna? Że nauczyłam się gotować makaron bez instrukcji przed nosem, że sos robię już tak machinalnie, że nawet nie wiem, kiedy jest już gotowy? Że czytam te ultranudne książki na animację i staram się nie zasnąć? XD

Myślałam też, że nie poradzę sobie na uczelni. Że nie będę potrafiła pisać notatek ze wszystkiego, ale ja potrafię zapisać to, co mówią wykładowcy, plus jakieś żarty, którymi sypią, notatki na ich temat i jeszcze pogryzdać na marginesie. Wow.

Dzisiaj się dowiedziałam, że przypalony ser jest niezdrowy. Kiedy ja lubię przypalony ser. Chipsy też są niezdrowe, tak samo jak sypana herbata z cytryną.

Poza tym, kocham Poznań. O 19 w Iławie ulice zaczynają się przerzedzać, a po 22 lepiej w ogóle nie wychodzić. Tutaj wyszłam po Nishi o 22, a miasto wciąż żyło, na ulicach było pełno ludzi, każdy gdzieś szedł, biegł, śmiał się, robił zakupy.

W Iławie po 17 kioski są pozamykane i możesz zapomnieć o kupnie biletu nie u kierowcy. Tutaj nawet po 20 możesz spokojnie iść do kiosku.

W Iławie nie ma autobusów co chwilę. Jak ci jeden ucieknie, to dupa. A tu czekasz 12 minut i już masz następny autobus czy tramwaj, który cię dowiezie do celu. A na ogrody możesz dostać się nawet 3 liniami. Albo i czterema.

Jechałam do Kann i uświadomiłam sobie, że nie wzięłam kosmetyczki. Stwierdziłam "Świetnie i co teraz? Przecież mi teraz sklep z kosmetykami nie wyrośnie spod ziemi!". Rozejrzałam się i okazało się, że wyrósł. Był po drugiej stronie ulicy. Poszłam do niego, kupiłam kosmetyczkę, grzebień, dezodorant i szczoteczkę i jeszcze dostałam mydełko w gratisie. :D

Tak, jestem absolutnie zakochana w Poznaniu, mojej rutynie i tym, że mam wszystko pod ręką. ^o^

Ps. Zaczęłam słuchać czeskich piosenek Ewy Farnej. Dziewczyna ma fajny głos, tylko polskiego w piosenkach nie zdzierżę, więc pościągałam te czeskie. :D

środa, 22 października 2014

DIV - "Answer", czyli jak w mistrzowski sposób opowiedzieć historię w tekście

Zacznijmy od tego, że w ogóle nie jestem obiektywna w stosunku do Chisy, jak również do problemu, który poruszył. Aczkolwiek uważam, że tekst do "Answer" jest jednym z lepszych, które czytałam. Można go w całości znaleźć tutaj.

Według mnie tekst do "Answer" jest śpiewany z perspektywy osoby dręczonej w szkole. Skąd taki wniosek? Postaram się to wyjaśnić.

"Opór tego serca pełnego braków
Wewnątrz klatki tak biednego, że ma zbyt dużo swobody."

Pierwsze wersy można w zasadzie zrozumieć na wiele sposobów. Ja myślę, że jednocześnie nawiązują do tego, iż serce takiej osoby jest skołatane, złamane i ogólnie boli za każdym razem, gdy przed oczami pojawia się widmo pójścia do szkoły. Widzę tu też lekkie odniesienie do choroby Chisy, to jest astmy. Ale to tylko moja interpretacja.

"Pytasz mnie o powód do życia."

No i tu już zaczyna robić się ciekawie. Jako osoba prześladowana w szkole przez wiele lat mogę powiedzieć wam jedno - myśli o tym, że chciałoby się zniknąć, uciec i nie wrócić, a nawet w skrajnych przypadkach samobójcze to norma. Człowiek po prostu nie widzi tego powodu do życia. Po co istnieć, jeśli wokół ludzie potrafią jedynie z ciebie szydzić i są spowici aurą fałszu i sadyzmu?

"Jedynie poprzez upływ płynącego czasu uciekają wspomnienia o bezlitosnym ośmieszaniu."

Święta prawda. Jedynie czas leczy takie rany. Z drugiej strony one nadal gdzieś tam są przez wiele, wiele lat.

"To mocno, głęboko przestrzega mój rozsądek przed zaostrzeniem walki przeciwko nim."

Dokładnie. Człowiek w pewnym momencie zdaje sobie sprawę, że nie ma po co walczyć ze swoimi oprawcami, bo to tylko ich nakręca.

"Niezauważalnie nabyłem nawyk poddawania się."

W pewnym momencie jednak wpada się w taki stan apatii. Koledzy i koleżanki mogą cię ośmieszyć przed całą szkołą, a ty i tak jedynie będziesz potrafiła powiedzieć "To nie było miłe...". Usłyszysz wtedy "Powiedzieliśmy tylko prawdę."...

"Moją wymówką jest to, że dzięki temu stanę się dojrzały."

Słyszeliście kiedyś opinię, że dręczenie w szkole buduje charakter? Durni (innego słowa nie znajdę) rodzice sami nakręcają swoje dzieci, by gnębiły słabszych, by ci stali się silniejsi. I wiecie co? Nie tylko dzieciaki gnębiące w to wierzą - te gnębione też w pewnym momencie mają właśnie taką wymówkę. "Jak przecierpię to, co mi teraz robią, to poradzę sobie w dorosłym życiu ze wszystkim."

"Zastanawiam się, dlaczego wciąż pozwalam na to, by mój głos zanikał.
Nigdy więcej tego nie zrozumiem."

Nie ma takiej osoby, która nie pomyślałaby w pewnym momencie "Co ja tak właściwie robię? Dlaczego tak łatwo się poddaję? Czemu z nimi nie walczę? Muszę się temu przeciwstawić!" Niestety, z własnego doświadczenia wiem, że to absolutnie nic nie daje, co więcej - jest jeszcze gorzej.

"Pytasz mnie o powód do śpiewania."

Tutaj następuje porównanie życia do śpiewania. Chisa jest wokalistą, czyli inaczej mówiąc - kocha śpiewać, to jest jego pasja. Powód do życia.

"Czy jeśli zrobię krok naprzód, znajdę się w rozświetlonej przyszłości?
Prawdopodobnie te słowa, które wypowiem, poprowadzą mnie do odpowiedzi, będą kłębić się nad moją głową."

Przychodzi taki moment, kiedy człowiek mówi dosyć i na całą klasę drze się "Zamknijcie się!". Jaki powinien być tego skutek? Powinni dać ci spokój, ewentualnie nauczycielka powinna zareagować, że coś jest nie tak, po czym zgłosić to wychowawcy. W moim przypadku była ta druga opcja, ale, uwaga, to ja zostałam uznana za tę złą - bo "jestem wrogo nastawiona do ludzi i nie chcę z nimi rozmawiać"... Dlatego właśnie przy kolejnym takim "dosyć" człowiek zaczyna mieć wątpliwości - czy jest sens zrobienia tego kroku naprzód? Czy czeka nas poprawa? Czy może po prostu wypowiemy jakieś słowa, a potem będziemy ich żałować?
- Dlaczego jesteś wrogo nastawiona do ludzi? Dlaczego nie chcesz z nimi rozmawiać?
- Bo wolę zamknąć się w swoim świecie.
- Dziewczyno, jesteś w gimnazjum!
- Może trochę ci dokuczaliśmy na początku, ale teraz próbujemy być dla ciebie mili. Dlaczego nas odrzucasz?
- Nie będę rozmawiać z ludźmi, którzy kiedyś mnie zranili, a teraz udają niewiniątka.
Później była sytuacja, że poszłam do dentystki i nikt mnie nie spakował. Musiałam wracać na drugi koniec szkoły (dosłownie), wejść do obcej klasy, spakować się i wrócić znowu cały ten dystans, tracąc dziesięć albo i piętnaście minut lekcji, bo im się wrzucić zeszytu i piórnika do torby nie chciało.
- Dlaczego mnie nie spakowaliście?
- Przecież powiedziałaś, że nie chcesz mieć przyjaciół.
Taka tam nadinterpretacja moich słów... By the way, co mają przyjaciele do lojalnego spakowania torby? O.o

"Na pewno każdy ma własne prawidłowe rozwiązanie.
Zaplanowane i proste, w związku z tym trudne do zrozumienia.
Prawdą jest, że odpowiedź była we mnie od początku."

No i właśnie. Zawsze jest wielu ludzi z zewnątrz, którzy służą poradą, ale niestety - ich sugestie zazwyczaj są, krótko mówiąc, bezużyteczne. Rozwiązanie takiej sytuacji można znaleźć tylko w jeden sposób - w sobie.

"Jedynie poprzez upływ płynącego czasu uciekają wspomnienia o bezlitosnym ośmieszaniu.
Prawdopodobnie te słowa, które wypowiem, poprowadzą mnie do odpowiedzi, będą kłębić się nad moją głową.
Czy jeśli zrobię krok naprzód, znajdę się w rozświetlonej przyszłości?
Teraz zrozumiałem powód, dlaczego jestem utrzymywany przy życiu.
Silnie rozbrzmiewający głos.
Rozbrzmiewa..."

Jak już mówiłam, dla Chisy powodem do życia jest jego silny głos, śpiewanie, jego pasja. Osoby, które są dręczone w szkole, muszą właśnie odkryć tę pasję. Muszą gdzieś uciec, schować się w tym swoim świecie, spróbować zapomnieć. Bo jeśli nie można z wrogiem walczyć, to przynajmniej trzeba się przed nim dobrze ukryć. Ja uciekłam w naukę, muzykę i pisanie opowiadań. To były jedyne rzeczy, które w gimnazjum utrzymywały mnie przy życiu.

I tutaj pojawia się zasadnicze pytanie. Tekst jest napisany w tak mistrzowski sposób, że aż trudno pomyśleć, iż Chisa nie miał kontaktu z tym problemem. Kann kiedyś mi powiedziała, że podobno najpiękniej uśmiechają się ci, którzy najwięcej wycierpieli w przeszłości.


Czy w tym przypadku również tak jest? Kto wie?

środa, 8 października 2014

Poznań - nowe doświadczenia, nowi ludzie

Czasem mam tak, że przez jakiś czas nie chce mi się pisać na blogu. Tym razem też tak było. Postanowiłam najpierw zaaklimatyzować się w nowym otoczeniu, a później dopiero zdać sprawozdanie.

Mieszkanie nr 9 na czwartym piętrze w stuletniej kamienicy. Kiedy do niego wchodzisz, musisz przejść przez korytarz prawie że do samego końca i zatrzymać się przed drzwiami, nad którymi przyklejona jest litera E. Gdy zapukasz w białe drewno, prawdopodobnie otworzy ci dziewczyna w okularach, opasce na głowie i dresach. To będę ja i, jeśli cię znam, wpuszczę cię do swojego pokoju.

Ogółem mieszkam w bardzo dobrej okolicy. Wszystko mam pod ręką. Biedronkę, Żabkę, jeszcze jeden sklep spożywczy, dwie drogerie, McDonalda, kino, bar mleczny, rynek, aptekę, nawet bank. Nie muszę się ruszać poza Jeżyce, jeśli potrzebuję coś załatwić. No chyba, że idę na uczelnię albo dworzec, ale w jednym i w drugim przypadku 40 minut wystarczy, bym tam doszła.

Mój schemat dnia zawsze jest podobny. Zaczyna się od pobudki i śniadania, na które jem płatki z jogurtem. Później albo siadam przed laptopem, albo idę na uczelnię. Jak wracam (lub w dzień wolny - jak zgłodnieję), to idę na obiad do baru mlecznego, ewentualnie coś sobie odgrzewam albo zalewam zupkę chińską. Potem znowu siadam przed laptopem. Między 20 a 22 mój żołądek znowu daje o sobie znać, więc są dwie opcje - kanapki z serem i ketchupem albo tosty. Zawsze. A potem znów laptop i siedzenie tak długo, na ile pozwala mi godzina rozpoczęcia zajęć.

Mam współlokatorów. Trzy dziewczyny (dwie Anie i Iwona) i dwóch chłopaków (Kuba i Szymon). Nie będę się może zbytnio o nich rozpisywać, bo jak wejdą na tego bloga, to będą wiedzieć trochę za dużo. XD Napiszę jedynie, iż uważam, że wszyscy są towarzyscy i można z nimi miło porozmawiać. No i Ania i Kuba są otaku, tak w ramach ciekawostki. A druga Ania ma króliczka. ^o^

Poza tym, na uczelni też już zdobyłam znajomych. Ogólnie było to strasznie wzruszające dla mnie wydarzenie. Ci, którzy czytają tego bloga od początku albo znają mnie osobiście od wielu lat, wiedzą, że byłam prześladowana w szkole. Traktowana jak powietrze, chyba, że ktoś coś ode mnie chciał. Nie babram się w tym, że tak to określę. XD Mówię jedynie, jak było.

Minęły więc już dwa wykłady, a ja oparłam się o ścianę i obserwowałam otoczenie. Byłam do tego przyzwyczajona. Nawet jeśli w liceum nie miałam takiej traumy, jak w gimnazjum, to i tak częściej obserwowałam wszystko, stojąc z boku z Janette i Yami. W pewnym momencie usłyszałam głos.
- Przepraszam? - odwróciłam się. Stała przede mną ładna dziewczyna, uśmiechając się lekko. Pomyślałam, że chce zapytać o drogę do sali albo łazienki.
- Tak? - zapytałam, nie mając pojęcia, o co może jej chodzić. Przecież tylko obserwuję. Nikomu nie zawadzam...
- Chcesz się do nas przysiąść? Bo zauważyłyśmy, że zawsze stoisz sama - spytała delikatnym głosem.
Zamrugałam i poczułam, że chyba się rumienię. Ktoś zauważył moją obecność? Komuś zależy na tym, bym nie stała sama? Ktoś doszedł do wniosku, że to powietrze rusza się, bo ja tu jestem?
Fakt faktem, usiadłam z nimi przy stoliku. Jedna z koleżanek Laury miała torbę z dziwnie znajomym symbolem. Gdzieś w głowie mi dzwoniło, że pochodzi skądś, co znam, ale raczej ze słyszenia, a nie z bezpośredniego kontaktu.
Przed wykładem dziewczyna z torbą podała mi telefon i kazała znaleźć się na facebooku. Wpisałam więc to swoje Adawinry Chou Kurineko.
- Głupie pytanie, ale... Czym się interesujesz?
- J-japo-onią się in-te-re-su-ję - jakoś tak brzmiała moja odpowiedź. Wciąż byłam w trybie speszonej pensjonarki.
Nastąpiła chwila ciszy, a na twarzy mojej rozmówczyni pojawiał się coraz większy uśmiech.
- To tak jak ja! - wypaliła. No tak. Na torbie był symbol "Shingeki no kyojin". To anime jest wszędzie, więc nic dziwnego, że Uke je lubi. XD
A, może słówko o trzeciej dziewczynie, bo na razie jakoś nie wystąpiła w mojej opowieści. No więc Cafla, bo taki ma przydomek, bardzo ładnie rysuje. Osobiście jestem pod wielkim wrażeniem. Ktoś mógłby powiedzieć, że co się dziwić, jeśli skończyła liceum plastyczne. Ale według mnie, to można wysłać każdego na lekcję śpiewu, a jak nie ma talentu, to i tak będzie wył jak zażynana orka. Tak samo jest z rysowaniem. Także pokłony dla pani.

A, no i Uke i Cafla to hentaie. Poza tym, czasem przekręcają mój przydomek na Winiary. Jestem przyprawką. XD

Jak znam życie, wymienione w tym poście osoby, będą przewijały się w moich postach co jakiś czas. Muszę zapytać Ani otaku, czy ma jakiś przydomek, bo jakoś muszę odróżniać te Anie. XD

Jest jeszcze kwestia tego baru mlecznego. Ceny są poniżej 10zł, więc można dobrze i tanio zjeść. Oprócz tego, przychodzą tam osoby z opieki społecznej, więc lepiej nie ubierać się jak na spotkanie biznesowe, jak to jeden pan uczynił i patrzył na wszystkich wzrokiem "Jezu Chryste, z jakim ja plebsem muszę przebywać? =.=". Jeśli ktoś z was tak zrobi, momentalnie dostanie, za przeproszeniem, mentalny wpierdol ode mnie. :)

A, no i nie zamawiajcie w tym barze pyz. Ochyda. Za to gorąco polecam de volaille i kotlet szwajcarski. Pychota!

Do Hany dzwonię przynajmniej raz dziennie, z Kann rozmawiam przez gg, w sobotę wbija Nishi, a za tydzień Japanicon i będę gościć u siebie Carmen. Także nie zapominam o rodzinie, co to to nie.

To chyba tyle na dzisiaj. Mój organizm już się dostosował i ogarnął po tych wszystkich zawirowaniach, bo dzisiaj odwiedził mnie Potworek. Także jest dobrze. Bardzo dobrze. :)

niedziela, 14 września 2014

Top 10 jrock drummers

Hej. Jak widzicie po tytule, chcę wam zaprezentować film, którego zrobienie trochę mi zajęło. Przedstawia on mój ranking ulubionych perkusistów. Trwa dwadzieścia minut, ale mam nadzieję, że się nie zanudzicie. Indżoj!
Dlaczego takie, a nie inne pierwsze miejsce? Już tłumaczę. Perkusiści, którzy nie znaleźli się w tym rankingu, po prostu grają na perkusji. Jedni lepiej, drudzy gorzej (mówiąc "gorzej" mam na myśli np. Rukę). Perkusiści z miejsc 2 - 10 bardzo dobrze grają na perkusji. Ten z pierwszego nad nią panuje. Potrafi brać udział w układach do piosenek, wstać, machać, drzeć się do mikrofonu, gadać, a i tak nadal gra. I nadal robi to po mistrzowsku. Ten zespół jest tym, w którym odkryłam, że potrafię zasłuchać się w perkusję i zapomnieć o całej reszcie, łącznie z realnym światem. Mimo, że bardzo lubię brzmienie tego instrumentu, nikt, nawet ci z miejsc 2 - 10, nie wywołują u mnie takiej reakcji - kompletnego oderwania od otaczającej mnie rzeczywistości, dreszczy na plecach i dziwnego łomotania serca przez zbyt dużą dawkę endorfiny.

To tyle na temat. Dziękuję za obejrzenie tego filmu i przeczytanie posta. :)

niedziela, 1 czerwca 2014

Czasem warto jechać spontanicznie na koncert, czyli heidi. w Warszawie

Na wstępie już tłumaczę, dlaczego piszę tę recenzję po dwóch miesiącach. Otóż miałam matury plus zwaliły mi się na głowę problemy natury prywatnej. Także dzisiaj się w końcu za to zabieram.

W lutym siedziałam spokojnie przed komputerem, myśląc o tym, jak bardzo chce mi się jakiegokolwiek koncertu. Rok bez skakania i darcia mordy w zatłoczonym klubie to straszny odwyk, serio. I wtedy dowiedziałam się, że do Polski przyjeżdża heidi., jeden z ulubionych zespołów Kann. "Czemu nie pojechać z nią?", pomyślałam, po czym obgadałam wszystkie sprawy z Mamą i Dziadkami, oraz z samą Kann.

Po paru perypetiach, w końcu wsiadłam do pociągu i pojechałam do Działdowa, skąd przesiadłam się w pociąg do Warszawy. Na miejscu poczekałam 10 minut na Kann, po czym poszłyśmy szukać drogi do klubu. W skrócie, spędziłyśmy kilka godzin na szukaniu cholernego przystanku autobusowego, spotykając mnóstwo meneli i durnych Warszawiaków, którzy, mieszkając tam od X lat, nie potrafili nam wskazać drogi. W końcu wylądowałyśmy w tramwaju i dojechałyśmy do klubu. Byłyśmy jednymi z pierwszych, które się tam dostały. Podpisałyśmy się na fladze, pogadałyśmy z jakąś creepy barmanką i wtedy napisała do mnie Nishi, że już jest. Oczywiście filsy mną miotnęły, jak to przy każdym spotkaniu z najlepszą przyjaciółką, i po dzikim biegu wylądowałam w jej ramionach. Przedstawiłam Nishi i Kann sobie, spełniając swoje marzenie, by te dwie się znały osobiście, bo tak jakoś lubię, gdy ci, których kocham, mogli się zobaczyć na żywo. XD

Fakt faktem, po rozmowie z Nishi, która nauczyła mnie, że ci prawdziwi przyjaciele jednak nadal istnieją, stanęłyśmy przy wejściu do klubu i czekałyśmy. Weszłyśmy do środka, ogarnęłyśmy ciuchy i bagaże, po czym znalazłyśmy ładne miejsce do stania. Nishi wolała klapnąć sobie z lewej strony, ja usiłowałam stanąć tak, by widzieć perkusistę, którego jako jedynego wtedy kojarzyłam. XD

Osób było mało. Muzycy, wchodząc na scenę, musieli się pewnie zastanawiać, czy damy radę się wczuć i czy oni dadzą radę złapać z nami kontakt. Po nikim nie było tego widać, prócz po Yoshihiko, czyli wokaliście, który ewidentnie się przestraszył. ^^""""

Koncert się zaczął. To było w sumie dziwne. Nie znałam ludzi na scenie, a atmosfera porwała mnie w momencie i tak już mnie trzymała. Yoshihiko przez pierwsze dwie piosenki nas badał, obserwował i sprawdzał, a na trzeciej już mu się mordka śmiała i tylko wołał "Dżampu, dżampu". XD

Powiem tak. Myślałam, że to Anli miało świetny kontakt z publicznością. heidi. ich pobiło na głowę. Yoshihiko mówił do nas wprawdzie mieszanką japońskiego i polskiego, ale tę japońską część dało się zrozumieć na tyle, by wiedzieć, o co mu chodzi. A po polsku nauczyli się naprawdę dużo. Byli jedynym zespołem, który powiedział "Kochamy was!", czyli który ogarnął coś takiego jak liczba mnoga. Na MC Yoshihiko trochę z nami porozmawiał, potem oddał głos Nao i mieli zacząć grać, ale cały pierwszy rząd zaczął krzyczeć "Kiri, Kiri!". Yoshihiko spojrzał na nas z lekką dezorientacją, aż w końcu jakaś znająca japoński dziewczyna poprosiła go po japońsku, by Kiri coś powiedział. Yoshihiko już kompletnie zgłupiał, podszedł do Kiriego i, tak wnioskuję, zapytał go, czy on wie, co miałby w ogóle powiedzieć. Po czym wokalista wrócił na swoje miejsce i powiedział, że na Kiriego musimy trochę poczekać, po czym zaczęli grać kolejną piosenkę.

Po trzech utworach, Yoshihiko podszedł do Kiriego i dał mu mikrofon. Kiri, kompletnie speszony, wstał zza swojej perkusji i chyba chciał powiedzieć "dziękuję", ale mu nie wyszło. Więc podczas tego, jak Kiri do nas mówił, Yoshihiko stał z boku i tłumaczył mu, jak ma to wymawiać. Kiri zakończył swoją wypowiedź głośnym "Dzię - ku - ję" i usiadł, sprawiając wrażenie, jakby chciał schować głowę w swój sweterek i tak zostać. XD

Tak jak wszystkie piosenki były żwawe, skoczne i idealne do szaleństwa, tak jedna wprowadziła w sali nastrój kompletnej zadumy. Przez te kilka minut stałam lekko otępiała i patrzyłam na przeżywającego słowa utworu Yoshihiko, który prawie tulił mikrofon do siebie. Dzisiaj już wiem, że to była "Kanata" - piosenka, która została moją ulubioną spośród całego dobytku artystycznego heidi..

Koncert się skończył. Zespół zszedł ze sceny, wszyscy poszli pozabierać rzeczy z szatni i rzucili się do sklepiku. Ja spontanicznie kupiłam sobie photoset (a mogłam "Alphę", ale wtedy nie wiedziałam, że tam jest "Kanata" =.=). Usiadłyśmy z Kann, Nishi i Dominiką na podłodze i sobie gadałyśmy. Kann kupiła singielek z jedną piosenką, ale bardzo fajną piosenką. I tu przechodzimy do największego zonka tego wieczoru.

Nishi: Winry, a gdzie będą autografy?
Winry: Jakie autografy?
Nishi: No mówili, że będą autografy po koncercie.
Winry: *opad szczęki* *szczęka turla się do samej Japonii* *wraca* Kann, będą autografy.
Kann: Ale że co, że są na zdjęciach, tak?
Winry: Nie. Będą. Będziemy do nich podchodzić.
Kann: *stupor* *przerażenie w oczach połączone z miną pt. "Nie zemdlej."*

Tak, były autografy. Po dokładnym wyjaśnieniu rozentuzjazmowanej Kann, co ma robić, co mówić i gdzie wskazać palcem, że mają bazgrnąć autograf, podeszłam do Nao, który przed chwilą wstrzymał na chwilę fanki, bo musiał napić się Tyskie. XD

Później był Kiri. Kiri został okrzyknięty zespołową ojejcią, bo poziom jego speszenia dorównuje poziomowi Shina z Kagrry,. On jest perkusistą, a uścisnął mi rękę tak delikatnie, że myślałam, że złapałam za nią pięcioletniego chłopca, a nie faceta, który od dziesięciu lat wali w bębny. XD

Yoshihiko. Podeszłam do niego, a ten uśmiechnął się tak szczerze i uroczo do mnie, że gdyby siedział ostatni, to bym bodaj usiadła i tak już została. Nie wiem, jaką zrobiłam wtedy minę, ale fangirling na mojej twarzy musiał być piękny, skoro wokalista zaczął chichotać pod nosem. XD

Później był Kohsuke. Tak jak wyżej wymienieni, uśmiechnął się, podziękował po polsku, podpisał się na zdjęciu, podał rękę i znów podziękował znowu po polsku. Pamiętam go trochę jak przez mgłę, bo po Yoshihiko trochę mną miotnęło i nie za bardzo ogarniałam. Miał spódnicę w kratę. Tyle wiem. XD

Potem pożegnałyśmy się z Nishi i zaczęłyśmy szukać drogi na dworzec. Autobus wysadził nas ładnie na przystanku. Gorzej było się dostać na sam dworzec. Znowu błądziłyśmy jak głupie, a w środku całego zamieszania przyczepiła się mnie jakaś policjantka, która wzięła mnie za nieletnią. Jej mina, gdy jej powiedziałam, że mogę pokazać dowód, by udowodnić, że mam 19 lat - bezcenna.

Kiedy dotarłyśmy do McDonalda, najpierw zamówiłyśmy sobie duże frytki. Wtedy przyczepił się do nas jakiś pijany kibic, który stwierdził, że jesteśmy śliczne, życzył nam dobrej nocy i sobie poszedł. Później wzięłyśmy po ciastku, które zjadłyśmy za szybko i musiałyśmy wziąć kawę. Siorbałyśmy sobie kawę, a tu jakiś Afgańczyk się zaczął do nas przystawiać, wcześniej odwalając yaoi party z własnym bratem. Nie mam pytań do tego narodu. O.o

Jako że McDonald miał przerwę techniczną, musiałyśmy się na godzinkę przetransportować do poczekalni. Potem stwierdziłyśmy, że zostało 15 minut do pociągu, to pójdziemy do łazienki. Ale wiecie co? W Warszawie chyba się uważa, że pęcherz człowieka śpi od 22 do 6, bo toalety było nieczynne w tych godzinach. Że co?

Potem pojechałam do Kann, bo na swój pociąg musiałabym czekać trzy godziny sama, a poza tym, on odjeżdżał z innej stacji, na którą pewnie za cholerę bym nie trafiła. Przez roztargnienie wywołane PMSem zapomniałam zabrać piżamy, więc pożyczyłam od niej. Tym razem nie kupiłam oscypków, bo byłam zbyt padnięta, by jeszcze rozmawiać z ludźmi, których nie znam. XD

Po powrocie do domu obejrzałam teledyski heidi. i zrozumiałam, czemu Yoshihiko się wtedy tak uśmiechnął. Miałam na sobie białą bluzkę i czarną kamizelkę, gdzie on był tak ubrany chyba w trzech teledyskach. Z głupia franc zrobiłam pseudocosplay swojego przyszłego ulubieńca. ^o^"""

Cieszę się, że tam pojechałam. Dzięki temu spontanicznemu pomysłowi poznałam naprawdę świetny zespół i mam naprawdę miłe wspomnienia. Coś takiego było mi potrzebne. Jeśli kiedyś znowu przyjedzie jakiś zespół, który wpisuje się w czołówkę Nishi albo Kann, to zadzieram kiecę i lecę, bo być może uda mi się wyhaczyć kolejną perełkę z jrockowego światka. :)

piątek, 2 maja 2014

Zobaczyć uśmiech...

Wiecie, zaczęło się od tego, że Ao zmienił awatarka na Twitterze, czego pewnie z moją spostrzegawczością bym pewnie nie zauważyła, gdyby nie Hana. Ponieważ mnie zatkało i zareagowałam na to zdjęcie dość gwałtownie, wpadł mi do głowy pewien pomysł.

Dlaczego nie sprawdzić, czy Ao wstawia na bloga inne zdjęcia niż na Twittera?

Owszem, wstawia. Bardzo dużo, spamer z niego niesamowity. XD Mam teraz tyle nowych zdjęć samego Ao oraz mojego ukochanego OTP z nim, czyli Aoiego i Ryoheia, że powinnam zacieszać. Powinnam zacieszać, bo Ao jest derpem, bo te blond włosy z "Monochrome" to peruka, bo Ao lubi śmigać w dziwnych strojach, a to w kigurumi krokodyla, a to w stroju Śnieżynki, a to w stroju Mikołaja, a to założy królicze uszy, a to czapkę z Myszką Mickey... Powinnam zacieszać, bo Ao potrafi grać na fortepianie i na gitarze. Powinnam zacieszać, bo Ao jest otaku, tworzy sobie listy, co ma obejrzeć, co kupić, a co przeczytać, niczym Yukari, bo lubi Luna Sea, Hyde'a i T.M.Revolution, co mnie śmieszy, bo to oznacza, że ma podobny gust do Shou. A się znają.
Alice Nine 30
Stare zdjęcie, ale zawsze poprawia mi humor.

Powinnam zacieszać, bo dowiedziałam się, że skończył szkołę o profilu gastronomicznym, nie wiem, czy to było technikum czy zawodówka czy co tam mają w Japonii. Powinnam, ale...

Przejrzawszy bloga, zaczęłam się zastanawiać, czy na starym też dodawał zdjęcia. A i owszem. Dodawał. W pewnym momencie moim oczom ukazał się tort. Co mnie zdziwiło, potrafiłam odczytać, co było na nim napisane i zaciekawiło mnie, o co chodzi z tym "otousan". I weszłam w tego posta. Nie wiem, czy to był dobry pomysł, czy nie. Weszłam.

Post był z 2011 roku. Ao pisał o tym, że miesiąc po trzęsieniu ziemi nadal nie potrafi się z tego otrząsnąć, a każdy reportaż sprawia, że boli go serce

Pojechał do taty specjalnie na jego urodziny. Upiekł mu ten tort, by choć raz zobaczyć jego uśmiech.

Później poszedł na cmentarz. Szedł tam przez łąkę i zachwycał się pięknem kwiatów oraz wkurzał na swoją alergię, bo przez to, że zaczęły pylić, kręciło mu się trochę w głowie. Mam słabość do alergików?

Napisał, że poszedł na cmentarz do mamy i dziadka, ponieważ czuł wewnętrzną potrzebę, by się z nimi przywitać.

Później zastanawiał się, czy nie odejść ze sceny muzycznej, by pomóc swojej babci i tacie. Ale jego ojciec stwierdził, że ma wracać do Tokyo, bo "tam więcej ludzi na ciebie liczy i czeka, jedź".

Jak wiadomo, jego tata zmarł rok później na raka. Pamiętam, jak znalazłam o tym informację. I o tym, że pierwszą osobą, która do Ao zadzwoniła po tym, jak się o tym dowiedziała, był Ryohei. Ich przyjaźń jest naprawdę bardzo silna.

Później znalazłam bloga z tłumaczeniami postów Ayabie do czasu rozpadu. Wyglądało to trochę tak, jakby oni przestali prowadzić blogi po zakończeniu działalności. Pozdrawiam tłumaczkę, serio.

Ao wstawiał kilka, kilkanaście postów dziennie. Gdy w pewnym momencie zamilkł na dzień czy dwa, fani zaczęli się martwić i do niego pisać.

Post był z 2008 roku. To wtedy zmarła jego mama. Dlatego nie pisał.

Tak jak o śmierci taty dowiedział się telefonicznie od siostry, tak przy śmierci mamy był. Przedtem zaśpiewał jej cichutko, by nie obudzić siostry, jej ulubioną piosenkę Ayabie i siedział przy niej tak długo, aż nie odeszła.

Wiecie, czytając te posty, poznając coraz bliżej historię Aoiego, zastanawiam się, jak bardzo niedoinformowani i zapatrzeni w siebie są ludzie, którzy go nie lubią i uważają za egoistę. Dużo ludzi pewnie myśli tak dlatego, że uważa, iż to Aoi opuścił Ayabie, by zacząć karierę solową. Guzik prawda. To oni opuścili jego, najprawdopodobniej w ogóle mu o tym nie mówiąc, z tego, co się zorientowałam. On napisał na blogu, że się rozpłakał, jak się o tym dowiedział i przez bardzo długi czas nie mógł się uspokoić! I cały czas miał nadzieję, że reszta wróci, ale po pół roku dał sobie spokój i rozwiązał zespół, który tak naprawdę miał go w głębokim poważaniu. Tak, naprawdę jest egoistą.

On ma tak dobre serduszko, że aż łzy lecą na samą myśl o tym, co go w życiu spotkało, bo przecież później jego babcia, o której pisał, też umarła, a jeszcze się dowiedziałam, że przyjaźnił się ze ś. p. Zillem z Morana. Na dokładkę Yumehito, jak to on określił, jest dla niego jak młodszy brat, ale ile świństw mu zrobił, to już się w głowie nie mieści. Boli mnie to i od wczoraj próbuję ogarnąć moje uczucia, ale się nie da. Oni wszyscy zazwyczaj mają takie dobre serduszka, a spotyka ich tyle złych rzeczy. To takie boleśnie smutne. I w sumie tak jest z każdym człowiekiem na świecie. Im ktoś ma więcej uczuć i empatii w sobie, tym bardziej los nim poniewiera.

Wiecie, na sam koniec chciałam powiedzieć o tym, że ktoś dodał top 30 teledysków, zestawienie na kwiecień. Ale zrobił tak smutne intro, pewnie z okazji dzisiejszej rocznicy śmierci Hide, że mimo iż myślałam, że bardziej płakać nie mogę, okazało się, że się myliłam.

"When do you think people die? When they are shot through the heart by the bullet of a pistol? No. When they are revaged by an incurable disease? No. When they drink a soup made from a poisonous mushroom?! No! It's when they are forgotten!" - Pojawia się na ekranie, a w tle lecą urywki koncertów i zdjęcia piętnastu zmarłych jrockowców. Tekst to cytat z anime "One piece", bardzo ładny i prawdziwy tekst zresztą.

Nie wiem, co jeszcze napisać. Niech wszystkie osoby wymienione w tekście i w intro spoczywają w pokoju. Nawet jeśli popełniły samobójstwo...

wtorek, 18 marca 2014

Alisu~~

Więc tak. Najpierw jest "Shining", które mi osobiście się bardzo podoba.
Potem jest "+-", w sumie taki trochę klimat poprzedniej płyty, a reszta Alisu robi za urocze chórki, które trzeba było obniżyć, bo Tora nie wyrabiał. XD
Potem jest "Seven", jak dla mnie świetne. Takie wiecie, z pazurkiem.
Potem jest "Moebius", tu miałam lekkie wtf, bo początek brzmi trochę dziwnie. Ale w sumie piosenka jest dość dość pozytywna, ja tam widzę zacieszonego Shou, jak to śpiewa. XD
Potem mamy "Daybreak" i "Shooting star". Tę pierwszą lubię, za tą drugą nie przepadam raczej. Ale nie mam na nią alergii.
No i później jest "Exist". Podoba mi się ta piosenka, bo jest taka... Nie wiem, różnorodna? XD Tu jakiś engrish, tu jakiś fragment brzmiący jak "Kami uta" Kagrry,, a na końcu robi się dopiero ciekawie. XD
Potem jest przerywnik.
No i coś, na co zareagowałam totalnym wtf?, bo nie ogarnęłam faktu. Trochę mi się to skojarzyło z połączeniem "Love is dead" Despy i "Nutty Nusty" THE KIDDIE. Widzę Heaven, tę upyzlaną podłogę, szklanki w dziwnych miejscach, rajstopy w muszli klozetowej, pęknięte lustro w łazience i krew wszędzie.
Heaven - klub, w którym mój Tata kiedyś sprzątał, a ja i Hana chodziłyśmy mu pomagać. Tak, kiedyś jakiś mądry klubowicz wkurzył się na lustro i rozwalił je pięścią. To było takie fajne, jak weszłam sobie do tej łazienki, zapaliłam światło, a tam pełno krwi. Na lustrze, na podłodze, na zlewie. Miałam chyba 13 lat, jak dobrze pamiętam.
Potem jest "Shadowplay", niby ma się czymś różnić od wersji z singla. Ale ja stwierdzam, że chyba tylko solówka jest ostrzejsza czy coś. O.o
W "Kaisen Zenya" bardzo ładnie perkusję Nao słychać. Lubię słyszeć perkusję Nao. Lubię Nao. Taka raczej pozytywna piosenka.
No i później jest taka wstawka jak przy "Alphie" na końcu.

Czyli podsumowując, płyta jest świetna. Inna od "9", ale świetna.

czwartek, 6 marca 2014

Mgliste wspomnienie

Czasem patrzę na moją ścianę z plakatami i spoglądam na Małego. Zastanawiam się, dlaczego to wszystko tak się potoczyło i doprowadziło do tego, że go znienawidziłam. Przypominam sobie, jak bardzo go kochałam i jak uwielbiałam jego głos. Nadal w sumie doceniam go jako artystę, jak dla mnie jest świetnym pianistą i wokalistą. No właśnie. Wokalistą. I o to wszystko się rozchodzi.

Jak ukazuje się nowe PV, zawsze z ciekawości je oglądam, bo zastanawiam się, czy moja teoria na temat staczania się muzyki Kry po odejściu Maiego, jest prawdziwa. I cały czas utwierdzam się mocniej w tym przekonaniu.

Dzisiaj jednak ręce mi opadły. Już wcześniej zaczęłam to zauważać, ale nie wpadłabym na to, że jest aż tak źle. Keiyu, że aż nazwę go przydomkiem, zjechał sobie głos. Nie wiem, czy paleniem, czy chlaniem, czy czymkolwiek innym, ale zaczyna brzmieć jak żul spod Biedronki po trzech dniach, jak nie tygodniu, ciągłego picia tanich jaboli.

To smutne, gdy ktoś, kogo kiedyś kochałaś i kto miał tak zajebisty głos, robi sobie coś takiego. Jak można tak zjechać sobie głos? To dla mnie przerażające, aż mi się smutno i przykro zrobiło. Zobaczyłam gdzieś w oddali mgliste wspomnienie mojej wielkiej miłości do Kousuke Uematsu. Zrozumiałam, że to już nigdy nie wróci, a nawet jeśli przestanę się na niego gniewać, to nie będę miała czego słuchać i tak.

Aż mi zimno. Idę po kocyk, może chociaż on mnie ogrzeje...

niedziela, 2 marca 2014

MoNoLith - krótka przygoda z epickością

Nieco ponad rok temu przeglądałam sobie YouTube, gdy natknęłam się na nieznany mi zespół - MoNoLith. Z ciekawości sprawdziłam, co to jest. Gdy odkryłam, że ten zespół ma dwóch wokalistów, ucieszyłam się bardzo, bo od zawsze miałam hopla na punkcie dwóch osób śpiewających na przemian. Martwiłam się tylko, że któryś z wokalistów coś spartoli albo obaj będą nadawali się tylko do śpiewania do kotleta. Myliłam się i to bardzo.

Wiecie, bardzo mało razy zareagowałam na coś tak gwałtownymi emocjami, jak wtedy. Zrobiło mi się słabo, zaschło mi w gardle, przestałam ogarniać rzeczywistość wokół. Odkryłam coś pięknego, epickiego, świetny zespół z dwoma wokalistami.

Kiedy płyta nie ukazywała się długo, sama ją kupiłam i wrzuciłam do internetu.

Kiedy Hayato miał operację oka, martwiłam się.

Śmiałam na ich programach i komentarzach. A na making - offie do "Candy Candle" zwłaszcza.

Napisałam fanfika z Takafumim i Hayato, którzy są tacy... Idealni razem. Chociaż chyba nie aż tak jak Ryu i Keita.

Ich muzyka jest świetna, żywiołowa, pełna pasji i emocji. To nie jakieś płytkie granie w stylu niektórych zespołów.

A dzisiaj... W sumie to wczoraj... Wczoraj dowiedziałam się, że Takafumiego mama zginęła w jakimś trzęsieniu ziemi i się chłopak nie może pozbierać do dzisiaj. I postanowił odejść z zespołu.

Zespołu, który stwierdził, że bez niego nie istnieją. I się rozpadną.

Smutno mi. Nie tak, jak przy Kagrrze,, ale o wiele mocniej niż przy Despie. Smutno mi, że to właśnie oni i że znałam ich tak krótko jako istniejący zespół.

Arigato gozaimashita, Monorisu.

niedziela, 16 lutego 2014

Wypowiedzi na temat wokalistów

Weszłam dzisiaj na jedno forum i zaczęłam czytać na temat tego, co sądzą ludzie na temat wokalistów, których znam/nie znam/kojarzę. Najbardziej rozwaliła mnie jedna dziewczyna, która pobiła wszystkich na głowę, bo jej ranking i opinie o tych, których lubi i nie lubi są naprawdę... Ciekawe.

Wypowiedzi owszem są dość stare i czasem mam też wrażenie, że wtedy istniało w internecie przekonanie, że sadzenie mnóstwa błędów w swoich postach nikomu nie przeszkadza, a wielkie litery i interpunkcja ssą. Nie wspominając już o polskich znakach. Dlatego właśnie postanowiłam je poprawić, bo patrzeć na to nie można.

"Moje top ten [jak najbardziej, w takiej, a nie innej kolejności]:
1) Tatsurou (Mucc) - Absolutny i niekwestionowany number one, król robienia ze mnie masła swoim głosem."

Tatsurou to jest dla mnie zagadka jrocka. Tak jak w Karasu brzmi świetnie, tak w MUCC słuchać go nie można, a patrzeć to już w ogóle.

"2) Ryoutaro (Plastic Tree) - Stoi bardzo blisko pierwszego miejsca. Ze swoim wiecznie zasmuconym i nostalgicznym wokalem, jego zrozpaczone i zachrypnięte 'krzyki' silnie do mnie przemawiają."

Nie jestem pewna, ale gościu ma chyba na imię Ryuutarou, ale kto by się tam przejmował szczegółami. Poza tym, aż tak świetnego głosu nie posiada, mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że śpiewa na siłę i bez wyrazu.

"3) Hyde (Laruku) - Fajniutki, głęboki, prawdziwy męski głos. Podoba mi się maniera, z jaką się nie rozstaje podczas śpiewu. :3"

Co znaczy "prawdziwy męski"? To co, reszta śpiewa jak dziewczynki? Poza tym, jaka "maniera"? Dziewczyno, pisz jaśniej.

"4) Hizumi (DespairsRay) - Zdecydowanie za barwę głosu. Wokalnie nie daje zbyt efektownych popisów."

Po co wsadzać na czwarte miejsce kogoś, kogo lubi się tylko za barwę?

"5) Kyo (Dir en grey) - Mam duży dylemat, bo nie wiem, za co mi się wokal Kyo podoba... Możliwe, że z sentymentu, ale możliwe też, że to naprawdę dobry i wyrobiony wokalista [szczególnie na "Kisou" i "Vulgar"]."

W sumie to Kyo ma naprawdę dobry głos, dopóki śpiewa, bo inaczej tego usłyszeć nie można, jeśli przez całą piosenkę słyszy się tylko "Hrłałałałałała".

"6) Gara (Merry) - Umie facet śpiewać. Zresztą kocham to echo, które się pojawia na równi z jego głosem. *_*"

Gara umie śpiewać. Gara. Umie. Śpiewać. Gara. Wiecie, możecie się ze mną nie zgodzić, czy coś, ale jak ja pierwszy raz usłyszałam głos Gary, to nie wytrzymałam do końca piosenki, bo miałam wrażenie, że się duszę. Za drugim razem myślałam, że podniosę ten kloc zwany moim telewizorem i wywalę go przez okno. Moje uszy. ;_;

"7) Isshi (Kagrra,) - Za wyciąganie swojego zniewieściałego głosu. Wycie wychodzi mu przecudownie."

Ty go chwalisz, czy hejcisz? Bo brzmi to jak sarkazm i to niezły. =.= Poza tym, skala głosu Isshiego jest niesamowita. Polecam obejrzeć sobie kulisy do "Unsanmusyou". A tak poza tym, nie myślcie, że ja jakoś Isshiego faworyzuję tylko dlatego, że jest wokalistą Kagrry,. Nie. Ja w sumie faworyzuję Kagrrę, dlatego, że Isshi jest tu wokalistą. :)

"8) Teru (Glay) - Trochę sepleni, ale ma bardzo ciepły, przyjemny głosik. Banan sam mi się na gębie pojawia, kiedy go słucham. ^^;"

Nie znam pana, ale zaraz poznam. *idzie na YouTube* Nawet ma przyjemny głos, ale jest chyba bratem Yuh...

"9) Miyavi - Tak, tak. Właśnie on. Pierwsze wokalne popisy mu nie wychodziły, ale teraz radzi sobie naprawdę nieźle. Duży plus za szeroką rozciągliwość jego barwy wokalnej."

*patrzy na wypowiedź wyżej* Ja wiem, że każdy ma swój gust, a ja nie mam nic do Miyaviego jako gitarzysty i człowieka, ale...
HAHAHAHAHAHAHAHAHA, SZEROKA ROZCIĄGLIWOŚĆ BARWY WOKALNEJ, HAHAHAHAHAHAHAHAHAHA, RADZI SOBIE NIEŹLE, HAHAHAHAHAHAHA, MIYAVI JEST TAK DOBRYM WOKALISTĄ, ŻE ZNALAZŁ SIĘ W JEJ TOP 10, HAHAHAHAHA. HAHAHA. HAHA. HA. NOPE.

"10) I tu mam problem, bo nie wiem, kogo wsadzić w to zaszczytne miejsce na końcu pierwszej dziesiątki. Kandydatów mam dwóch, dlatego obaj są ex aequo :p
-> Ruki (Gazette) - Doskonale zawodzi i zaciąga, dodatkowo świetnie rapuje i bardzo wyraźnie wymawia każdy wyraz."

Ekhem... Ja wiem, że te wypowiedzi są stare, ale apropos rapowania, to znam dwóch wokalistów, którzy potrafią mnie tym wbić w krzesło i doprowadzić do stanu przedzawałowego...

" -> Daisuke (Kagerou) - Do takiego wokalu jak ten trzeba się przyzwyczaić... Nigdy nie mogę czytać książek, przy włączonym Kagerou. ;p Mimo, że strasznie skrzekliwy i nieprzyjemny dla ucha, posiada w sobie ogromny power [jak i sam właściciel XD], również podoba mi się 'zawodzenie w stylu Daisuke', które doskonale słychać na przykład w 'Holy nieedle' czy 'Masatsu shinko'."

Kobieto, mówisz, że Daisuke ma "strasznie skrzekliwy i nieprzyjemny dla ucha" głos, a i tak wciskasz go na siłę chyba do pierwszej dziesiątki twoich ulubionych wokalistów. Zdecyduj się.

"Sig, głos Shou ci się podoba? ;__________; Jakim cudem?XD On ma gorszy wibrator w głosie niż Tsukasa, Gackt i Hayato razem wzięci XDDD"

A to akurat jest pojazd. Nie wiem, kim jest Tsukasa - wokalista, Hayato to ten z Duel Jewel, a Gackta niestety miałam wątpliwą przyjemność kiedyś znać. Tak więc, vibrato Shou... Hm... Jakby to powiedzieć... Przy takim Shinie czy Sono z Matenrou Opery (tya, może ich nie słucham, ale lubię jedną piosenkę i wiem, jak pan brzmi), to praktycznie Shou tego vibrato nie posiada. To chyba jakby jej puścić ViViD, to by przez okno wyskoczyła czy coś, a, cytując Kann, "Od głosu Sono by wyskoczyła przez okno, wbiegła na ruchliwą jezdnię i wskoczyła do wody. O.o" Czemu ta dziewczyna uważa zaletę za wadę? Nie wiem. Ale żeby mieć vibrato, trzeba bardzo dużo ćwiczyć i mieć naprawdę silny głos, więc pozdrawiam.

"Mi się tam podoba... Ba... Nawet bardzo  ^_^ ...1000000000 x bardziej niż wycie Kyo." - odpowiedź Sig. Przynajmniej ma dziewczyna dobry gust.

"Mogę wymieć kupę osób, która na początku kariery do cuda wokalnego miała tyle, co zdechły pies do pączków z serem, a po kilku latach nieźle się wyrobiła i nikt już nie narzeka. ;3" - Aeka moją mistrzynią porównań. Poza tym, można tutaj wrzucić spokojnie do tej "kupy osób" Ao, który na początku brzmiał gorzej niż źle, a teraz na dźwięk jego głosu mam odlot instant. Tak samo w sumie reaguję na Isshiego i Yusę. I ostatnio chyba na Shina.

niedziela, 5 stycznia 2014

Mój mózg popełnił samobójstwo, czyli seans z "Kara no kyoukai"

Nie wiem, czy już kiedyś o tym wspominałam, ale pewnego razu oglądałam anime pt. "Shingetsutan Tsukihime". Bardzo mi się ono podobało, więc ostatnio, zainspirowana tym screenshotem,
postanowiłam obejrzeć "Kara no kyoukai". Przez moje zboczenie zawodowe, od zawsze, jak spotykałam się gdzieś z tą serią, widziałam w Shiki Akiyę. No ale serio, ona wygląda jak jego animowana wersja, tylko że jest kobietą. I ma cycki. W sumie to jest płaska. Ale jakieś tam ma.
Fakt faktem, w momencie, gdy Mikiya skojarzył mi się z Torą, nie wytrzymałam i stwierdziłam, że muszę, po prostu muszę obejrzeć to anime.

Nie chce mi się zbytnio wdrażać w fabułę, pisać takiej obszernej recenzji jak przy "Katawa Shoujo". Chcę po prostu podzielić się refleksjami na temat tej serii siedmiu filmów.

To, co mnie chyba najbardziej irytowało, to achronologia wydarzeń. Gdybym chciała oglądać to tak, jak działy się wydarzenia, musiałabym zacząć od drugiego filmu, potem obejrzeć czwarty, trzeci, pierwszy, piąty, szósty i siódmy.

Jeśli chodzi o muzykę, jest genialna i świetnie dobrana do fabuły i wydarzeń. Kalafina spisała się naprawdę dobrze, nagrywając do tego ścieżkę dźwiękową.

Kreska... No cóż, od zawsze mam słabość do kreski Type Moon. Jest piękna, ale nie idealna, co mnie w niej urzeka. Bo nie ma ideałów. Ani nikt, ani nic nie jest idealne. Poza tym, oczy na pół twarzy ma tutaj chyba tylko Azaka i Mikiya w młodszej wersji. Przedstawienie linii śmierci podobało mi się o wiele bardziej, niż w "Shingetsutan Tsukihime". No i tam Shiki Tohno widział linie cały czas, a tutaj Shiki Ryougi nauczyła się nad tą mocą panować. Poza tym, widać, że mijają lata, że postacie dorastają. Nie ma czegoś takiego jak w niektórych seriach, że ktoś przez całe życie wygląda tak samo, jak na przykład Edward w pierwszej wersji FMA.

Fabuła jest naprawdę dopracowana w każdym calu. Nie ma chyba ani jednej luki fabularnej, a nawet jeśli na początku jakaś była, to później wszystko się wyjaśniło. Jeśli chodzi o zastrzeżenia do fabuły, to mam trochę do trzeciego filmu i do scen gwałtu na Fujino. To chyba było nie na moje nerwy. A sama Fujino jest tak absolutnie irytująca, że miałam sama ochotę ją zabić. Ugh. No i oczywiście film piąty, gdzie mózg mi wyparował i uciekł na Hawaje. Trochę zbyt skomplikowane jak dla mnie. I co twórcy chcieli nam przekazać przez film szósty? Że Azaka to fajna postać? Hahahahahahahahaha, nie.

Właśnie, postacie. WSZYSCY TO PSYCHOPACI. Każdy w jakiś sposób nim jest. Prócz Mikiyi. On to Matka Mikiya z Kalkuty. Co mnie w sumie rozśmieszyło, bo Lio, największy psychopata ever, właśnie tak go nazwał. Matką Teresą. Brechtłam z tego, bo on tak powiedział w siódmym filmie, a ja to stwierdziłam już chyba... Przy drugim? Trzecim? XD

Shiki Ryougi jest chyba bardziej zagubiona, niż psychopatyczna. Lubię ją, mimo, że jest, lekko mówiąc, świrnięta. Mikiya Kokutou... Jak już mówiłam, Matka Teresa z osobowością mokrej skarpety. No i jest stalkerem level master. Ale da się go lubić, w przeciwieństwie do jego wkurzającej siostry, Azaki. CO TO JEST, JA SIĘ PYTAM? JAKAŚ MOE ATOMÓWKA ZAKOCHANA W SWOIM BRACIE. WYJDŹ I NIE WRACAJ. Dalej, Touko Aozaki. Ona jest trochę... Zacznijmy od tego, że wygląda jak żeńska wersja Isshiego w czerwonych włosach. Serio, za dużo porównań w tym anime. Wkurzało mnie trochę to, że ciągle paliła. Papierosy to zło. Ale umiejętności ma naprawdę niezłe, więc jestem pod miłym wrażeniem, jeśli o nią chodzi. Tomoe Enjou... Marchewka. Spairingowałabym go z Mikiyą, bo to druga mokra skarpeta do pary, ale rozwaliłoby mi to moje Mikiya&Shiki OTP. Antagoniści, gińcie. Zwłaszcza Fujino i Araya. A z Corneliusem poproszę do szpitala psychiatrycznego się wybrać. A Lio... Chrzaniony psychofan Shiki, psychopata do potęgi entej zżerający zwłoki i gwałcący wszystko, co się rusza. Dogadałby się z moim jednym OC. To chyba tyle na temat postaci.

Tak więc, jeśli chcecie mieć sieczkę z mózgu, jak zwykle po anime z Type Moon, zapraszam do obejrzenia "Kara no kyoukai".