wtorek, 24 marca 2020

Jakaś recenzja by się w końcu przydała, czyli G.L.A.M.S w Warszawie (znowu)

Zacznijmy od tego, że jestem matołem i prawie byśmy przeze mnie z Haną i Kann na ten głupi pociąg nie zdążyły.

Mam też jednak jakąś moc sprawczą i zatrzymałam pociąg (how?).

Ogólnie miałam trochę deja vu. Znowu spotkałyśmy się z moim ulubionym yuri (czyli Toshiki i Shishuu) i znowu poszłyśmy do North Fisha. I wzięłam ser smażony, ser smażony to życie.

Siedzenie w dobrym towarzystwie przed koncertem zawsze jest plusem i tak samo było tym razem. Zwłaszcza, że teraz nic mi nie było, więc mogłam bez przeszkód uśmiechać się promiennie i być przylepą, yay!

Moje deja vu skończyło się w momencie, kiedy weszłyśmy do klubu VooDoo. Z prostego powodu. Jak ostatnim razem chłopaki mieli dobry support, tym razem to była jakaś masakra. Wokalista wył, perkusista grał w kij nierówno (z metronomem), a gitarzyści rzępili na tych gitarach, jakby wzięli sobie za cel ogłuszenie nas. Dobrze, że nagłośnienie było takie, że jak poszło się do korytarza, to można było rozmawiać, bo inaczej chyba bym wyszła.

Toshiki i Shishuu dały nam takie zarąbiste, kolorowe, świecące bransoletki, a organizatorka spytała, który raz już jesteśmy na Glamsach.

Podejrzewam, że odpowiedzi "szósty, piąty, czwarty i drugi" się nie spodziewała.

A potem zostałam wypchnięta do przodu przez Toshiki i Shishuu, bo stwierdziły, że choć raz mam sobie postać w pierwszym rzędzie. Głównie zrobiły to chyba dlatego, że zagapiłam się na Syu, jakbym go pierwszy raz w życiu na oczy widziała. Wtf, ja się tam prawie na jego widok popłakałam, co mi?

Fakt faktem, miałam aż za dobry widok na Yudaia. Na tyle dobry, że kilka (kilkanaście?) razy mało nie oberwałam gryfem od gitary albo z kopa. Następnym razem staję po stronie Tetsuto, bo ten wariat mnie serio kiedyś znokautuje... XD

Mikaru oczywiście kilka razy mało co nie spadł ze sceny i kilka razy mało co nie udusił się kablem od mikrofonu. Na całe szczęście osoby stojące bliżej niego i pilnowały kabla i jego samego, ewentualnie sam łapał kogoś za rękę, żeby się podeprzeć. Tak to jest, jak jest się wariatem.

Przynajmniej Hana przeżyła kurczowe trzymanie za dłoń przez Mikaru...? XD

Tetsuto był przepocieszny jak zwykle. W pewnym momencie zamienili się z Mikaru miejscami. Yudai podszedł do Tetsuto i złapał go za tyłek. Tetsuto się zirytował i złapał za tyłek Yudaia, a potem próbowali się nawzajem kopnąć, co skończyło się tak, że mało co nie przewrócili Mikaru, na którego wpadli.

Wspominałam, że panowie są ok. czterdziestki?

No i był jeszcze Syu. Syu, który wszedł na scenę przed wszystkimi i usiadł sobie grzecznie za swoją perkusją. Syu, który jest niziutki, drobny i właściwie prawie nie miał makijażu scenicznego. Syu, który pod tą koszulką w paski ma muły i który naparzał w perkusję z siłą trzech słoni i jakby komuś przywalił, to ten ktoś by się złożył. Na cztery.

I Syu, który jest wrażliwy, bo jak grali "Another lonely day", to zaczął szlochać i potem szlochał w ręcznik. Bo to, że Mikaru się popłakał, to oczywiste. Yudaiowi trochę szkliły się oczy, a Tetsuto w sumie chyba był bardziej skupiony na grze, niż smutny.

I dobrze, choć jeden umie się nie rozklejać na ckliwych balladkach. ;)

Na autografach ich wytuliłam głównie dlatego, że ostatnio tego nie zrobiłam ze względu na swój stan "Chyba rzygnę". Tym razem się zgrzałam, spociłam, zmęczyłam i ogólnie było osom.

Tylko przestańcie mnie tulić jak porcelanową lalkę, proszę... ^^""

Pożegnałyśmy się z Toshiki i Shishuu i poszłyśmy do samochodu. PKP nas wyśmiało, więc Tata po nas przyjechał.

Kolejny miły koncert, kolejny miłe spotkanie z Glamsami.

Droga Pani Organizatorko.
Na nich mogę przyjechać nawet i 100 razy. A może i nawet 999.
Z poważaniem.
Adawinry Chou Kurineko, zadowolona fanka