niedziela, 28 lipca 2013

Nauka pisowni imion japońskich

Dzień dobry. Jak pisałam na Tumblrze, zauważyłam, że większość ludzi ma problem z odmianą niektórych imion japońskich muzyków oraz z pisaniem apostrofów. Dlatego służę wam pomocą. :)
Zajmijmy się imionami kończącymi się na “i", bo z tym jest największy problem.
Podam dwa podobne imiona: Kai i Kei. Wypowiedzcie je na głos. Co słyszycie na końcu? Otóż na końcu imienia Kai słychać wyraźnie “i", na końcu imienia Kei - “j". W takim razie odmieniamy:
Mianownik: Kai, Kei
Dopełniacz: Kaiego, Keia
Celownik: Kaiemu, Keiowi
Biernik: Kaiego, Keia
Narzędnik: Kaim, Keiem
Miejscownik: Kaim, Keiu
Weźmy drugą parę: Mai i Dai. I tak samo. Mai, Maiego, Maiemu, Maiego, Maim, Maim oraz Dai, Daia, Daiowi, Daia, Daiem, Daiu.
Przejdźmy teraz do apostrofów. Jeśli mamy imię Izumi, to piszemy normalnie Izumiego, Izumiemu itd. Jeśli jednak imię kończy się na “y", np. Shindy, to wstawiamy apostrof - Shindy’ego, Shindy’emu. Tak samo postępujemy w przypadku np. imienia Die, czyli odmieniamy Die’a, Die’owi.
O tych zasadach mówiła mi moja polonistka, bo sama w pewnym momencie się pogubiłam i po prostu poszłam do niej po radę. :)
Dziękuję za uwagę, mam nadzieję, że trochę wam pomogłam.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Głupia potrzeba

Mam głupią potrzebę bycia szczęśliwą.

Śmieszne, prawda?

Przecież niby jestem szczęśliwa. Niby to wszystko, co mnie otacza, daje mi to głupie szczęście.

Problem polega na tym, że chciałabym się nim z kimś podzielić.

To tak trudno zrozumieć? To, że chcę mieć do kogo się przytulać, do kogo wysyłać wiadomości o treści "Dzień dobry" i "Dobranoc"? Komu będę mogła powiedzieć "Kocham cię?" Kto nie jest moim przyjacielem/przyjaciółką ani nie jest z mojej rodziny?

Tęsknię za czymś, czego nigdy tak naprawdę nie miałam. Czasem mam wrażenie, że to dla mnie nieosiągalne. Bo nie jestem piękna, bo mam trudny charakter, bo wolę kupić sobie czekoladę od tony kosmetyków. Lubię jeść. Lubię słuchać "dziwnej" muzyki. Lubię być sobą, a jestem kompletną wariatką i to pewnie ludzi tak ode mnie odrzuca. Czasem mam wrażenie, że ludzie naprawdę potrafią mnie lubić, nie lubić i nienawidzić, a o kochaniu nie ma mowy. No chyba, że to ktoś z mojej rodziny.

Ostatnio się dowiedziałam, że Rei starała się o mnie trzy miesiące. A zerwała ze mną po tygodniu. Jaki w tym sens? I dlaczego niby mnie pokochała?

Ludzie się dziwią, że ja się do wszystkich tulę. Ledwo go poznam, a ja już się przyklejam. Wiecie, dlaczego tak robię?

Bo lubię czuć ciepło ciała drugiego człowieka. Bo lubię słyszeć, jak bije mu serce. Bo czuję się wtedy dziwnie bezpieczna. Bo nie czuję się samotna.

A wiecie, dlaczego piszę tyle fików?

Właśnie dlatego. Dlatego, że sama pragnę, by ktoś pokochał mnie tak, jak kochają siebie jrockowcy w moich opowiadaniach.

Głupia potrzeba małej, szarej myszki.

Tak łatwo, a jednocześnie tak trudno osiągalna.

czwartek, 18 lipca 2013

"Death is the beginning of eternity"

Two years ago...

Seriously? It's two years?

I don't feel that.

My heart is calm. I think that I accepted that You aren't with us.

One year ago I had full of ideas what I want to write in post about You. But I wrote everything. And now I don't know what.

One year ago I was depressed a few days before 18th July. But this year... I wasn't.

This is good, Isshi? That I'm calm and only little sad?

I think that yes.

So, thank You for everything, Isshi. See You in heaven, my amazing vocalist.

niedziela, 14 lipca 2013

Kraków, czyli dwie ciapy w jednym domu stały

Kiedy w końcu P(oczekaj)K(iedyś)P(rzyjedziemy) przywiozło mnie z 90 min opóźnieniem, stanęłam na dworcu w Krakowie obwieszona pakunkami. Po kilku minutach zaczęłam pisać smsa do Kann, która pojawiła się pół minuty później z nieśmiałym uśmiechem na twarzy. Obok niej pojawił się jej tata.

Pan Tata: Dzień dobry, jestem tatą Kann.
Ja: Adawinry Kurineko, miło mi.

Później Pan Tata poszedł po jakiegoś kolegę, a my dostałyśmy misję powrotu do domu autobusem. Wyglądało to mniej więcej tak, że ja mówiłam, a Kann kiwała głową i się uśmiechała.

Wyszłyśmy z galerii. Kann dostała smsa. Odpisywała na niego. Na jej drodze stał słup.
Ja: *w myślach* *10 metrów przed słupem* Ona widzi ten słup. *5 metrów przed słupem* Widzi, prawda? *metr przed słupem* Prawda?! *10 centymetrów przed słupem łapie Kann za ramiona i ratuje ją przed spotkaniem pierwszego stopnia ze słupem*
Kann: Co?
Ja: Słup.
Kann: A, dzięki.

Drzwi od mieszkania otworzyła nam Murećka, młodsza siostra Kann, z Larą u boku. Lara jest to duży... Wait, nope. Lara jest największym psem, jakiego widziałam i jednocześnie najspokojniejszym i najleniwszym. I umie pukać do drzwi.
Prócz tego dziewczyny mają też sześć świnek morskich. Edek najpierw każe się głaskać, a potem mnie gryzie, Felek i Franio niby mnie lubią, Józia i Stefcia raczej nie, a chyba jedyną świnką, która naprawdę mnie polubiła, była Lesia. :)

Fakt faktem, później spotkałam mamę dziewczyn.
Ja: Adawinry Kurineko, miło mi.
Pani Mama: Violka.
Tu miałam wtf? na twarzy. Ale spoko, każdy przedstawia się, jak lubi.

Prócz tego poznałam babcię dziewczyn i ich przyjaciółkę (Gabrysia, pozdrawiam cię!).
Spałam na śpiworze i kołdrze. Nogi miałam pod stołem, ale co tam.
Kann otworzyła się następnego dnia, gdy zaczęłyśmy rozmawiać o Shou i ogólnie o Alisu. Dzięki Hide!
Przekonałam ją do wielu zespołów, ona mnie do ani jednego. Wybredna jestem chyba.
Pani Mama robi świetnego kurczaka z ryżem. Mniam po prostu. Mniam.

Ja kontra Pani Babcia:
Pani Babcia: Chcesz coś jeść?
Ja: Nie.
P.B.: *wymienia menu lodówki* To co, zrobić ci coś?
Ja: *po raz 30 przeprowadzając podobną konwersację* Proszę pani, jestem pełnoletnia, jak będę coś chciała, to sama sobie zrobię.
P.B.: O_O *wychodzi z pokoju*
Pan Tata: *zaciesz na twarzy, kciuk podniesiony w górę*
Ja: Like a boss.

Wysłałam Nishi, Yami i Janette pocztówki. I kupiłam sześciokolorowy długopis. XD

Ja i Kann: *śmiejemy się*
Murećka: Boże, wy się nawet tak samo śmiejecie. Weźcie mi dajcie znać, kiedy dzwonić.
Hello, my clone...

Wracałyśmy z dworca. W deszczu. Po tym, jak wysiadłyśmy przystanek dalej, bo drzwi się nie otworzyły. Na środku drogi stało coś czarnego.
Kot?
Pies?
KOBRA?
Nie.
Kalosz.
Wpadłyśmy w taką głupawkę, że mało nie przewróciłyśmy się ze śmiechu na chodnik. Jak można nie zauważyć, że zgubiło się but? XD

Wiecie, że ze słyszenia "mąka, mąka" w "Affection" powstaje pełno wersji wizji Shou w fartuszku i facepalmującego Sagi?
Wiecie, że można mieć ubaw ze ścielenia łóżka i leżenia pod stołem?
Wiecie, że świnki morskie mogą oglądać z wami koncert?
Wiecie, że w Hirołsach możecie stworzyć sobie derpa, który będzie wam przesyłał kasę?

W sumie trudno to tak wszystko opisać. Dużo żartów było sytuacyjnych, dużo wynikało tylko z głupawki.

Chciałabym tam wrócić. Dziewczyny pewnie nadal nie śpią. Pogadałabym z nimi. Pośmiałabym się. A tak u mnie już wszyscy lulają. I towarzyszy mi tylko cisza przerywana chrapaniem kota i muzyką. Chyba powinnam chodzić szybciej spać.

Ciekawe, kiedy tam wrócę.

Chcę jutro.

Dzisiaj.

Za godzinę.

Już.

Tak bardzo.