środa, 12 października 2016

Mikaru w Poznaniu, czyli dobrze, lepiej... gorzej

Poszłyśmy z Haną i Kann na Japanicon, bo jak już Mikaru postanowił zjawić się w naszym zadupialskim kraju i na dokładkę w mieście, w którym mieszkam, to przeoczenie takiej okazji byłoby grzechem.

Po pierwsze - kolejkon. Kolejka dłuższa niż na Pyrkonie, dobrze, że miałyśmy przynajmniej miłych kolegów obok. Jeśli na ten post natknęli się Bartek z Wrocławia i chłopak czytający "Lód" Dukaja - to serdecznie ich pozdrawiam.

Po drugie - nakupowałyśmy japońskich słodyczy. Dobre słodycze, bardzo dobre.

Po trzecie - spotkałyśmy Anię Otaku. Znowu. XD

Po czwarte - koncert Mikaru był... pocieszny. Zaśpiewał chyba wszystkie piosenki G.L.A.M.S i podejrzewam, że kilka Black Line. Zagadywał nas, chwalił cosplaye, dawał nam śpiewać i ogólnie był uroczy, chociaż bardzo starał się sprawiać wrażenie mrocznego Księcia Ciemności. I oczywiście jego perfekcyjny angielski - chyba największy plus jego osoby.

Po piąte - widziałyśmy świetny cosplay Koichiego z Mejibray. Nie słucham zespołu, ale pozdrawiam serdecznie dziewczynę za niego przebraną i jej kolegę, który chyba robił za Reitę z Gazette. XD

Po szóste - na autografach byłam jakaś dziwnie zestresowana. Nie wiem, dlaczego. Przecież już raz się z Mikaru spotkałam na Dio...

Po siódme - spotkanie z Mikaru było ciekawe i śmieszne. Dowiedzieliśmy się, jaki jest jego stosunek do tworzenia muzyki, że zjadł bardzo niedobrą kanapkę w Londynie i że jadł konwentowe sushi, które mu smakowało, ale twierdził, że było zupełnie inne niż te japońskie. Później jakaś dziewczyna opowiedziała mu o knajpce, gdzie łączą sushi z meksykańskim jedzeniem i Mikaru był trochę zdezorientowany.

Po ósme - niestety spotkanie w pewnym momencie zostało przerwane przez bardzo nieprzyjemny incydent. Jedna dziewczyna dostała ataku astmy. Na całe szczęście, jak się potem dowiedziałyśmy, sytuacja została opanowana, a dziewczę zostało obdarowane zdjęciem Mikaru z życzeniami powrotu do zdrowia. Uroczo. Zresztą, Mikaru sam wrócił się do nas (choć pani ochroniarz biegła za nim i nie wiedziała, co chce właściwie zrobić), podziękował, że przyszliśmy, powiedział, że ma nadzieję, iż tej dziewczynie nic nie jest i spytał, czy jeszcze chcemy go o coś zapytać. Jeden chłopak spytał, czy może powiedzieć coś po polsku, więc trochę pogadał w naszym ojczystym języku, a potem nas przytulił w grupowym uścisku.

Po dziewiąte - nigdy więcej Japaniconu i ataków astmy przy mnie. Konwent był sam w sobie strasznie nudny i monotematyczny, a ten incydent strasznie mnie zestresował i zamartwiałam się o tę dziewczynę tak bardzo, że aż zapytałam na stronie Japaniconu, czy ktoś wie, co się z nią dzieje. Jak ją jakimś cudem spotkam kiedyś na konwencie w przyszłości, to chyba podejdę z kartką "Free hugs" i ją przytulę. *wzdycha ciężko* I nie pozdrawiam jej koleżanki, która zamiast poinformować o tym organizatorkę, powiadomiła helpera i siedziała jak słup soli. Powinna zawiadomić prowadzącą i wyprosić wszystkich z sali. Jeśli nie wiedziała, co robić w takiej sytuacji, to bym jej pomogła, bo ja akurat wiem. Ale jak można pomóc, nie wiedząc, że coś w ogóle się dzieje złego?

To tyle na temat. Nie polecam Japaniconu. Byłam drugi raz i było tak samo nudno. Ale polecam koncerty grup z Mikaru na wokalu, bo głos ma niesamowity. Osobowość też.