Nieco ponad rok temu przeglądałam sobie YouTube, gdy natknęłam się na nieznany mi zespół - MoNoLith. Z ciekawości sprawdziłam, co to jest. Gdy odkryłam, że ten zespół ma dwóch wokalistów, ucieszyłam się bardzo, bo od zawsze miałam hopla na punkcie dwóch osób śpiewających na przemian. Martwiłam się tylko, że któryś z wokalistów coś spartoli albo obaj będą nadawali się tylko do śpiewania do kotleta. Myliłam się i to bardzo.
Wiecie, bardzo mało razy zareagowałam na coś tak gwałtownymi emocjami, jak wtedy. Zrobiło mi się słabo, zaschło mi w gardle, przestałam ogarniać rzeczywistość wokół. Odkryłam coś pięknego, epickiego, świetny zespół z dwoma wokalistami.
Kiedy płyta nie ukazywała się długo, sama ją kupiłam i wrzuciłam do internetu.
Kiedy Hayato miał operację oka, martwiłam się.
Śmiałam na ich programach i komentarzach. A na making - offie do "Candy Candle" zwłaszcza.
Napisałam fanfika z Takafumim i Hayato, którzy są tacy... Idealni razem. Chociaż chyba nie aż tak jak Ryu i Keita.
Ich muzyka jest świetna, żywiołowa, pełna pasji i emocji. To nie jakieś płytkie granie w stylu niektórych zespołów.
A dzisiaj... W sumie to wczoraj... Wczoraj dowiedziałam się, że Takafumiego mama zginęła w jakimś trzęsieniu ziemi i się chłopak nie może pozbierać do dzisiaj. I postanowił odejść z zespołu.
Zespołu, który stwierdził, że bez niego nie istnieją. I się rozpadną.
Smutno mi. Nie tak, jak przy Kagrrze,, ale o wiele mocniej niż przy Despie. Smutno mi, że to właśnie oni i że znałam ich tak krótko jako istniejący zespół.
Arigato gozaimashita, Monorisu.