piątek, 20 maja 2022

Studium nad psychiką pewnego głupiego chirurga, który został mądrym magiem

Ten post jest długi. Nie musisz go czytać. Jest też chaotyczny. Adawinry Chou Kurineko w multiwersum obłędu. Tak.

Ale no. Zacznijmy może od początku.

Wiem, to będzie dla was pewnie szok, ale właściwie nie przepadam za kinem superbohaterskim. Jak już, to bardziej przemawiają do mnie kreskówki, zwłaszcza te starsze z lat dziewięćdziesiątych czy dekady zerowej. Z DC właściwie lubię tylko Młodych Tytanów i darzę sympatią Flasha i Wonder Woman, ale to by było chyba na tyle. Może o kimś zapomniałam, to przepraszam. W przypadku Marvela zaś uwielbiam X-menów i Fantastyczną Czwórkę, no i oczywiście Spidermana. I właściwie ze wszystkich wymienionych tutaj postaci to mogę wprost powiedzieć, że dobre filmy z nimi to tylko dwie pierwsze części "Spidermana" od Sama Raimiego (za tym z Andrew Garfieldem nie przepadam, tego granego przez Toma Hollanda szczerze nienawidzę) i dwie pierwsze części "X-menów". Wiecie, te z dekady zerowej, gdzie Magneto gra sam sir Ian McKellen.

Czy gdzieś kiedykolwiek spotkałam się z kimś takim jak doktor Strange? No może ewentualnie w kreskówce o Spidermanie, kiedy przyszedł pomóc mu uratować Mary Jane z rąk, o ile dobrze pamiętam, Mordo. Ale właściwie nie pamiętałam tej postaci w ogóle. Dopiero po obejrzeniu pierwszej części znalazłam ten odcinek i byłam jak "O, rzeczywiście, coś takiego było". Później dopiero gdzieś w 2018, może w 2019 roku Hana po raz pierwszy napomknęła mi o doktorze Strange'u. Ale nie zostałam w ogóle powiadomiona o tym, że on włada magią aż do lipca 2020 roku. I może i dobrze, bo przynajmniej musiałam na drugą część czekać dwa lata, a nie trzy-cztery.

Ach, no właśnie. Jak się dowiedziałam o istnieniu tego filmu, to go obejrzałam. Z Haną. Drugi raz. Trzeci z rodzicami. Czwarty z Kann. W sumie obejrzałabym piąty raz, bo ten film jest... Po prostu fenomenalny. Nie będę go opisywać, bo to nie ma sensu, opisy tego typu rzeczy są na każdej możliwej wiki. To nie visual novel z 2006 roku, którą znają może dwie osoby.

Moim największym problemem w temacie superbohaterów jest to, że są tacy idealni. Piękni. Często młodzi albo nieśmiertelni. Moc mają od urodzenia, dostają ją znienacka albo po prostu biegają z gadżetami i właściwie nie muszą się szkolić. Po prostu ją mają. Większość z nich jest tak do bólu miła i dobra, że aż nierealistyczna. Nie można się w żaden sposób z nimi utożsamiać. Przynajmniej ja nie potrafię. A nawet jeśli są wredni, to wszyscy wokół udają, że nie są. Tak jakby ich to bawiło albo już dawno się przyzwyczaili.

I tutaj to było dla mnie naprawdę duże zaskoczenie, kiedy zaczęłam oglądać ten film. Bo doktor Stephen Strange nie jest idealny. To moja subiektywna opinia, bo każdy ma inny gust, ale piękny też nie jest. I nie jest młody, bo jest po czterdziestce. Chociaż oczywiście zdaję sobie sprawę, że w komiksie jest trochę młodszy. I właściwie wszystkich wkurza. I ma byłą dziewczynę, która chyba jako jedyna nadal go znosi. I nawet ty, drogi widzu, chcesz go udusić przez pierwsze pół godziny filmu. A potem ma wypadek, który niszczy wszystko, co osiągnął w życiu dotychczas. I patrzysz na to, jak wszystko traci. Jak zatapia się w tym smutku, tej rozpaczy i właściwie traci jedyną osobę, która nadal się o niego troszczyła. A zapowiadało się, że do siebie wrócą, niestety Stephen był zbyt przeświadczony o tym, że Christine zależy na nim tylko z litości. Wow. Po prostu wow.

A potem musi walczyć. Walczyć. Walczyć. I walczyć. O to, żeby ktoś mu pomógł. Żeby go ktoś wysłuchał. Musi trenować, musi nauczyć się nie tylko magii, ale też interakcji międzyludzkich. Bycia miłym. Musi odrzucić swoje ego. Musi zapomnieć o wszystkim, co wie i stanąć twarzą w twarz z nową rzeczywistością, w której się znalazł tylko dlatego, że chciał uleczyć swoje dłonie.

I patrzysz na to, jaką drogę przebywa. Że był aspołecznym, zadufanym w sobie dupkiem, któremu nie zależało właściwie na nikim, prócz niego samego. A potem przeprasza Christine, daje Westowi skalpel i idzie walczyć z tym rypanym Dormammu, ginąc przy tym kilka tysięcy razy. "Ból jest starym przyjacielem". Wow.

I, co najdziwniejsze, on niczego nie odzyskuje. Ma prawdopodobnie niezły stres pourazowy, Christine do niego nie wraca, ręce nadal mu drżą, a na dokładkę przez to, że ma mentalnie z kilkaset a może i kilka tysięcy lat, zostaje Najwyższym Magiem. I co teraz? Może patrzeć jedynie na pęknięty zegarek.

Swoją drogą, właśnie. Jemu co chwilę coś się dzieje. Właściwie superbohaterowie są tacy wręcz niezniszczalni. Walniesz ich budynkiem, a oni i tak podniosą się, otrzepią i odrzucą ten budynek. A Stephen jest taki... ludzki. Do bólu. Jego, oczywiście. Ale co chwilę się przewraca, rani i ogólnie coś mu się dzieje złego. Chce być taki fajny, bo ma wiedzę i fotograficzną pamięć, a tutaj znika mu tarcza, bo wciąż drżą mu te ręce. Prawie umiera, bo ktoś rzucił w niego magicznym ostrzem. Ogólnie pić za każdym razem, kiedy coś mu się przytrafia, to... On chyba tylko w "Thorze 3" miał spokój, bo pojawił się na chwilę i zniknął.

Właśnie. Po "Thorze 3" jego postać pojawia się w "Infinity War" i... ojej. Idealnie na jego przykładzie i przykładzie Ironmana można zobaczyć różnicę między postacią, której poprowadziło się ekspiację dobrze i tej, której się tę ekspiację skopało. Bo dużo osób porównuje tych dwóch bohaterów do siebie, ale jak dla mnie są podobni, tylko Ironman nadal zachowuje się jak Stephen w tych pierwszych trzydziestu minutach swojego filmu. Czyli jak zadufany w sobie dupek. Oczywiście Stephen nie przestał być sobą, tylko ma o wiele ważniejsze w tym momencie priorytety. Ma obsesję na punkcie kontroli, ale wie, co powinien zrobić i kiedy i w jaki sposób. Ironman, mimo że też jest geniuszem, kieruje się bardziej emocjami, a nie rozumem. Ma wiedzę, ale książkową i popełnia mnóstwo błędów, a wszyscy i tak mu to wybaczają i udają, że nic się nie stało. Stephen popełni jeden błąd i od razu ma to wypominane i wypominane i wypominane... Ugh.

Ogólnie znowu go tutaj biedaka torturują, znowu trzeba go ratować, a on koniec końców i tak się rozsypuje z połową ludzkości, bo twierdzi, że to jedyny sposób na to, by wygrali. Więc znowu mamy sytuację, że Stephen używa rozumu (no i kamienia czasu) do tego, żeby wygrać. I na samym początku mówi, że multiwersum jest ważniejsze od życia Ironmana i Spidermana, a potem oddaje kamień czasu Thanosowi w zamian za życie Starka. I ja rozumiem, że on to zrobił, bo tak musiał, bo taka jedynie była możliwość, żeby wygrali, ale to tak idealnie pokazuje, że on potrafi się bardzo szybko do kogoś przywiązać, to raz. Dwa, znowu, używa rozumu i zdaje sobie sprawę, że prawdopodobnie będzie za to krytykowany, ale i tak to robi. Bo to jedyne rozwiązanie.

No i jest krytykowany. Oglądanie "Endgame" było straszne, bo wiedząc, że Stephen jest cholernie mądrym człowiekiem słuchanie non stop o tym, że jest "trzeciorzędnym magikiem" sprawiało mi wręcz fizyczny ból. Nikt absolutnie nie wierzył w to, że tak, to było jedyne rozwiązanie, bo Ironman, ten idiota umiejący liczyć na kalkulatorze, nikomu właściwie nie powiedział o tym, że doktor Strange widział ponad 14 milionów opcji, tylko skupił się na tym, że oddał ten cholerny kamień. I jak nie przepadam za Hulkiem czy Bannerem, to ucieszyłam się, kiedy on jako pierwszy (oczywiście po Ancient One) miał kliknięcie w mózgu, że Stephen zrobił to, bo miał powód. Wow. Naprawdę. Zajęło wam to jakieś 3/4 filmu. Brawo.

Więc człowiek, który odrzucił w pierwszych minutach swojego filmu przypadki ludzi, którzy mogliby zaważyć na jego karierze, poświęcił właściwie swoją karierę maga, bo rozsypał się na pięć lat i nowym Najwyższym Magiem został Wong. I znowu, wow. Poświęcenie. Plus nie cierpiał Ironmana, tymczasem po zobaczeniu tych wszystkich opcji zaczął nagle mówić do niego po imieniu, więc tutaj już coś powinno komuś kliknąć, nie? Takie "Hm, ciekawe dlaczego?". Och, no dlatego, że Ironman okazał się być kluczem do pokonania Thanosa i moim ulubionym momentem w tym filmie jest jego śmierć. Nie. Nie dlatego, że jest epicka, tylko dlatego, że nie będę już musiała patrzeć na jego ryj. Tak, jestem wredna.

Ale jest taka wycięta scena z "Endgame", na której wszyscy się Ironmanowi kłaniają jak całe Śródziemie Hobbitom. I Stephen też przed nim klęka, a później idzie na jego pogrzeb. I płacze. On go znał jakieś kilka, może kilkanaście godzin. Ogólnie właśnie. Stephen ma uczucia. I zazwyczaj jest taki gruboskórny, niedostępny, udający, że coś go wcale nie rusza (chyba, że chodzi o jego ręce), ale tłumi to wszystko w sobie. I jak w pierwszej części, kiedy musiał pozwolić Christine odejść, żeby właściwie ją chronić, popłakał się i jego cudowna peleryna mu otrzeć łzy, to byłam pod wielkim wrażeniem. Ogólnie Benedict Cumberbatch potrafi samymi oczami grać emocje. Nawet nie musi płakać, wystarczy że mu się tylko zaszklą. Wow.

Ogólnie później już było nieco gorzej, bo w "No Way Home" zrobili ze Stephena quasi-antagonistę i trochę w sumie idiotę, który dał się pokonać jakiemuś dzieciakowi łażącemu po ścianach. Ale znowu, na sam koniec ostrzegł Petera, że wszyscy, którzy go kochają, o nim zapomną i użył słowa "My". My. Mimo tego, że to Peter wywołał cały ten chaos, że wkurzał go niemiłosiernie, zamknął go w wymiarze lustrzanym na dwanaście godzin, zabierając mu pierścień, to i tak użył słowa "My". Bo taki jest Stephen. Taki właśnie jest. Udaje, że mu nie zależy, albo bardzo późno orientuje się, że mu zależy, a tak naprawdę już się przywiązał, już nie może sobie wyobrazić życia bez tej osoby.

I tu przechodzimy do drugiej części, gdzie magia Stephena staje się nawet lepsza od tej, którą mieliśmy okazję zobaczyć w czasie "Infinity War" albo "Endgame" albo "No way home". I nawet nie wiem, czy chodzi mi o magię w sensie jego umiejętności, czy o magię w sensie tej atmosfery, którą wokół siebie roztacza. Bo zacznijmy od tego, że na zawsze traci Christine, którą wciąż kocha, ale ona wychodzi za innego faceta (który mówi w całym filmie jedno zdanie i jest totalnie przypadkową postacią wymyśloną przez scenarzystę). I jakby ktoś nie oglądał tych filmów pomiędzy pierwszą a drugą częścią, to mózg by mu wybuchł przez to, jak wielki progres w temacie umiejętności zrobił Stephen i jak bardzo jest już uspołeczniony. W sensie, to w jaki sposób on opiekuje się tak instynktownie wręcz Americą jest po prostu... Wow. Nawet nie wiem, jak to określić, ale on ją właściwie adoptował. Stał się dla niej tym, kim Ancient One była dla niego.

Nie zgadzam się, że jest "mało Strange'a w Strange'u", bo dzięki temu filmowi możemy dostrzec inne atuty tej postaci. Bardziej nie to, jaki jest, a jaki nie jest, bo jego warianty z innych wymiarów są wręcz okropne. Większość z nich nie wyzbyła się tego egoizmu. Nawet ten Strange-Obrońca był jedynie na tym etapie, co Stephen na początku "Infinity War". On był w stanie zabić niewinne dziecko, żeby ratować multiwersum. Doktor Strange z wymiaru 838 poszedł w stronę czarnej magii i spowodował, że jakieś inne uniwersum zginęło. Inny doktor Strange zniszczył swoje własne uniwersum, bo chciał być ze swoją Christine. Swoją drogą, nie jest on jedynym, który to zrobił. Rozumiecie? Dwóch Strange'ów rozwaliło swoje uniwersa przez babę. Tymczasem Stephen używa "Darkhold", żeby ratować i multiwersum i Americę. I to jest takie właśnie pokazanie, że on robi to samo, co jego odpowiednicy, ale w innym celu. On chce uratować wszystkich. I właściwie znowu się poświęca. Znowu prawie umiera. Zresztą nie pierwszy raz w tym filmie, bo praktycznie na początku osłania Americę własnym ciałem i gdyby zaklęcie Wandy nie trafiło w jego pelerynę, to by praktycznie zginął. I nie, nie przeszkadza mi, że nie miał jakiegoś super pojedynku z Wandą. Bo z Dormammu też nie miał. Z obojgiem wygrał za pomocą rozumu i naginania magicznych zasad, a nie w postaci lania się po mordach.

I czy ktokolwiek przypuszczał kiedykolwiek, że tak aspołeczny bohater, jakim jest doktor Stephen Strange powie kiedyś "Kocham cię. Kocham cię w każdym uniwersum. To nie tak, że nie chcę się o kogoś troszczyć, czy nie chcę, by ktoś troszczył się o mnie, tylko po prostu się boję"? Nie. Nikt. Ja byłam osobiście w szoku. Prawie tak samo, jak przy tym, kiedy opowiadał o swojej siostrze, która zmarła w dzieciństwie i szczerze mówiąc, mam wrażenie, że on właśnie dlatego nie ma dzieci.

O co chodzi? W "No way home" mówi, że nie ma dzieci, bo go denerwują. Na początku drugiej części stwierdza, że grzebał gorszych, kiedy zamurowuje ciała swojego odpowiednika w dachu budynku. I kiedy tak myślisz o tym, że powiedział to sławetne "My", podkreślając to, że tak szybko przywiązał się do Petera i Ameriki, że boi się stracić osobę, którą kocha, to czy odpowiedź nie nasuwa się sama? Że to właśnie dlatego?

No i oczywiście powinnam jeszcze wspomnieć o Wongu i o jego relacji ze Stephenem. Wong zaczynał jako zwykły bibliotekarz w Kamar-Taj, gdzie sobie po prostu byli i czasem rozmawiali, a później wykiełkowała między nimi przyjaźń. I to taka prawdziwa, nie tylko spowodowana faktem, że raz współpracują. Wong go później zastąpił, kiedy Stephen rozsypał się na pięć lat. I Stephen bardzo, ale to bardzo nie chciał mu się pokłonić, wciąż uważając, że to ugodziłoby w jego ego. Ale w końcu to robi. I szczerze mówiąc, nie wiem, czy większe wrażenie zrobiło na mnie to "Kocham cię", czy właśnie ten ukłon. Bo to pokazuje, że ten dupek z pierwszej części już dawno nim właściwie nie jest. A przynajmniej się uczy nim nie być.

I ogólnie podoba mi się, że w każdej części jest jakieś takie przesłanie. Nie ten wręcz przekoloryzowany patos, jak to zazwyczaj w filmach Marvela zwłaszcza bywa, tylko jedno zdanie. "Nie jesteś pępkiem świata" w pierwszej części daje naprawdę bardzo do myślenia. Siedzisz potem z takim "No nie jestem" i stwierdzasz, że tak, trzeba robić rzeczy nie tylko dla siebie. A w drugiej zadają jedno głupie pytanie: "Jesteś szczęśliwy?".

Poza tym, gra aktorska w tych dwóch filmach jest fenomenalna. Tak, mówię tylko o obu częściach "Doktora Strange'a", bo szczerze mówiąc, pozostałe filmy z jego udziałem nie są zbyt dobre. Podobało mi się "Infinity War", bo trzymało w napięciu do samego końca, było mroczne, ciężkie i bardzo depresyjne na koniec. Naprawdę kawał dobrego kina. "Thor: Ragnarok" i "Endgame" miały dobre momenty, ale nie uznaję ich za jakieś cudowne. Oczywiście to moja subiektywna opinia. A wiecie, jak można podsumować "No way home"? Zła decyzja, cameo, zła decyzja, cameo, cameo, zła decyzja, cameo, cameo, cameo, zła decyzja, cameo, cameo, cameo, cameo, zła decyzja i tak dalej. A w "Doktorze Strange'u" nie wiem, czy lepsze są postacie, bo tu się absolutnie nikogo nie da nie lubić, chyba że mówimy o zadufanym w sobie Illumanati albo tej sierocie emocjonalnej, którą jest antagonistka w drugiej części, czy może aktorzy, którzy ich grają. Człowiek czuje te postacie. Wręcz nie może się odpędzić później od porównań do nich, kiedy widzi jakiś film z tymi aktorami.

CGI jest na najwyższym poziomie. Stroje przepiękne w swej prostocie. Muzyka jest cudowna, bardzo klimatyczna w pierwszej części, wręcz smutna, bo doktor Strange jest smutnym, zwyczajnym człowiekiem pragnącym tylko spokoju. A potem przychodzi druga część i nawet muzyka nie jest spokojna. I człowiek nie wie, czy zaśnie tej nocy.

Jedyne właściwie co mi się bardzo nie podoba w tym, jak postać Stephena jest prowadzona... I tak, nazywam go głównie imieniem, bo chcę go jeszcze bardziej uczłowieczyć... Ale no. Jedyną rzeczą jest jego relacja z Christine, a raczej jej brak. Christine była takim świetnym ogniwem łączącym Stephena z normalnym światem normalnych ludzi. Oni się nawet nie pocałowali, nie wyznali sobie miłości tak otwarcie, a przynajmniej Stephen nie powiedział tej swojej Christine, że ją kocha, jedynie jej odpowiedniczce. A mimo to, według mnie, jest to jeden z lepszych wątków romantycznych, jakie widziałam. Ta chemia, to napięcie, ten smutek bijący z faktu, że jednak nie mogą być razem.

Nie uważam, że doktor Stephen Strange nie powinien mieć dzieci, bo to, że czepia się nastolatka, to jest wina tego dzieciaka. Nie uważam też, że powinien finałową walkę przeprowadzić sam z użyciem magii, artefaktów i potężnych zaklęć. Nie wiem, czy miałoby to jakikolwiek sens. Uważam, że to jego używanie rozumu do pokonania przeciwnika jest bardziej kreatywne niż kolejna walka na zasadzie "Ja mam pomarańczowe światło, ty masz niebieskie, bzium bzium, jeden leży". Nie uważam, że było za mało Strange'a w Strange'u w temacie drugiej części, ani że scenariusz jest leniwy i kulawy w temacie obu. Bawiłam się na obu tych filmach znakomicie i prawdopodobnie obejrzę je jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz.

"Doktorze Strange, przyszłam negocjować."

Rozpisałam się i ten artykuł jest prawdopodobnie dłuższy niż większość moich opowiadań. To tyle, miłego dnia.

sobota, 9 kwietnia 2022

Empty Shell

 Ogólnie nie jestem zła. Bardziej rozczarowana. Bo człowiek myśli, że prawie 40-letni ludzie potrafią rozmawiać na poważne tematy i nie zachowywać się jak dzieciaki, prawda?


Niestety, jak widać w przypadku Yuiego z UNiTE., nie. Nie potrafią.


Więc Yui kłócił się z Mio i w sumie całą resztą, ale z Mio najbardziej. Bo mu nie pasowało, że UNiTE., nota bene zespół Oshare Kei, nagra czasem ciężką piosenkę. Ogólnie według niego wszystkie piosenki były za ciężkie.


W 2018 roku Mio stwierdził, że ma dość kłótni i pozwolił Yuiemu kierować pracami nad płytą. Co z tego wyszło? "New Classic", które jest mdłe, a Monochrome Heaven określiło tę płytę "aborcją".


Ale Yuiemu było za mało. Yui pragnął więcej. Yui pragnął "delikatnej i czystej" muzyki.


Co zrobił Yui w 2021? Został utaite. Wszystko fajnie, ale został utaite bez konsultacji z resztą zespołu. Nawet im o tym nie powiedział. I jeszcze obsmarowywał ich na koncie na Twitterze.


Mio, Haku, Lin i Sana odkryli to dzisiaj. I go wyrzucili z zespołu. Natychmiastowo.


Ot, czarna strona muzycznego biznesu. A wszystko dlatego, że jeden 36-letni, samozwańczy, bezrobotny teraz książę nie potrafił po ludzku odejść z zespołu, albo porozmawiać z przyjaciółmi, o ile można ich tak nazwać.


Bo w języku elfów, entów, a także w żadnym z narzeczy ludzkich nie ma słowa odpowiednio ciężkiego, aby nazwać tę zdradę.


Także tyle ode mnie na ten temat.