Nigdy nie rozumiałam znaczenia tego słowa. Nie w takim sensie, w jaki rozumieją je inni.
Ogólnie wielu ludzi powtarza, że płakanie jest dobre. Że oczyszcza. Dlatego oglądają filmy będące wyciskaczami łez. Dlatego oglądają anime, o których wiedzą, że nie skończą się dobrze. Dlatego czytają książki o poważnych tematach, żeby ryczeć przez pół fabuły, a po skończeniu czuć się wolnym, oczyszczonym i gotowym do mierzenia się z rzeczywistością.
Nie wiem, co jest nie tak z moim mózgiem, ale ja tego nie czuję. Tego oczyszczenia. Nieważne, czy popłaczę się na filmie, grze, książce czy anime. Zawsze czuję to samo.
Obrzydzenie samą sobą. Wyrzuty sumienia. Jakbym zrobiła coś zakazanego. Ewentualnie jakbym kogoś zawiodła.
I mam tak od zawsze. Łzom towarzyszy uczucie wstydu. Tym wylanym przez coś, co stało się naprawdę, też. Czuję się brudna, nie czysta. Jakbym wytarzała się w piachu.
I potem tkwię w tym bagnie jeszcze długo i długo, zastanawiając się, dlaczego wszyscy mówią "Ale o co ci chodzi, oczyściłaś się z emocji, teraz będziesz czuła się lepiej".
Nie, nie czuję się lepiej. Czuję się, jakby ktoś zgwałcił mnie emocjonalnie, jakby zabrał mi kontrolę nad moim życiem. Więc bądźcie cicho.
Bądźcie. Cicho.
niedziela, 23 czerwca 2019
wtorek, 21 maja 2019
Kieru...
Z czystej ciekawości sprawdziłam, kto kiedy ostatnio coś tutaj pisał.
Dawno temu. W 2012, 2014.
I wszyscy zniknęli, i cisza nastała.
A ja wciąż tutaj jestem. Uparta jak osioł.
Jak zawsze.
Dawno temu. W 2012, 2014.
I wszyscy zniknęli, i cisza nastała.
A ja wciąż tutaj jestem. Uparta jak osioł.
Jak zawsze.
poniedziałek, 13 maja 2019
"And send my voice to the heaven"
"Graban to złoty człowiek i mógłby mi nawet półtorej godziny opowiadać o fizyce kwantowej" - napisałam na Twitterze, zastanawiając się w zeszłym semestrze, czy iść na jego przedmiot czy na przedmiot, który mnie interesuje.
Ostatecznie, po pójściu do koordynatora USOSa, skończyłam na jego wykładzie.
I nie żałuję tego ani trochę, bo to był ostatni wykład monograficzny, ostatni przedmiot, na którym mogłam go zobaczyć.
Dr Graban nie żyje. Zmarł wczoraj, w wieku 43 lat, po długiej walce z chorobą. Z tego, co zrozumiałam, jeszcze w piątek był w pracy.
Miałam z nim trzy przedmioty. Wszystkie miło wspominam. To był jeden z niewielu wykładowców na tej uczelni, którym się chciało zrozumieć studenta. Który przesyłał niedostępne w bibliotece teksty, który swoje wykłady prowadził z pasją. Zawsze się uśmiechał i pożartował.
Pamiętam, jak raz spóźniłam się dwadzieścia minut, albo dłużej, przez korki. Zrozumiał. Przyznał, że zna to z autopsji. Że odwożąc syna do szkoły, też spotyka się z takimi sytuacjami. Nawet mnie nie skrytykował, choć miałam wtedy prezentację.
Jedyne, czego żałuję, to to, że nie będę mogła jeszcze raz wysłuchać jego anegdotek, zawsze idealnie dobranych do tematu.
I nawet nie mogę powiedzieć, że wybielam go po śmierci. Bo on za życia był biały, a wręcz, jak go nazwałam te kilka miesięcy temu, złoty.
A najgorsza pozostaje ta świadomość gdzieś tam z tyłu głowy, że już nigdy nie zobaczę, jak skocznym krokiem idzie w stronę sali wykładowej. I że już nigdy nie powiem mu na korytarzu "dzień dobry", bo jedyne, co mi pozostało, to po raz ostatni powiedzieć "do widzenia".
Mam nadzieję, że spotkamy się w przyszłym wcieleniu. Wtedy znów będę mogła się z Panem przywitać, Szanowny Panie Doktorze.
Ostatecznie, po pójściu do koordynatora USOSa, skończyłam na jego wykładzie.
I nie żałuję tego ani trochę, bo to był ostatni wykład monograficzny, ostatni przedmiot, na którym mogłam go zobaczyć.
Dr Graban nie żyje. Zmarł wczoraj, w wieku 43 lat, po długiej walce z chorobą. Z tego, co zrozumiałam, jeszcze w piątek był w pracy.
Miałam z nim trzy przedmioty. Wszystkie miło wspominam. To był jeden z niewielu wykładowców na tej uczelni, którym się chciało zrozumieć studenta. Który przesyłał niedostępne w bibliotece teksty, który swoje wykłady prowadził z pasją. Zawsze się uśmiechał i pożartował.
Pamiętam, jak raz spóźniłam się dwadzieścia minut, albo dłużej, przez korki. Zrozumiał. Przyznał, że zna to z autopsji. Że odwożąc syna do szkoły, też spotyka się z takimi sytuacjami. Nawet mnie nie skrytykował, choć miałam wtedy prezentację.
Jedyne, czego żałuję, to to, że nie będę mogła jeszcze raz wysłuchać jego anegdotek, zawsze idealnie dobranych do tematu.
I nawet nie mogę powiedzieć, że wybielam go po śmierci. Bo on za życia był biały, a wręcz, jak go nazwałam te kilka miesięcy temu, złoty.
A najgorsza pozostaje ta świadomość gdzieś tam z tyłu głowy, że już nigdy nie zobaczę, jak skocznym krokiem idzie w stronę sali wykładowej. I że już nigdy nie powiem mu na korytarzu "dzień dobry", bo jedyne, co mi pozostało, to po raz ostatni powiedzieć "do widzenia".
Mam nadzieję, że spotkamy się w przyszłym wcieleniu. Wtedy znów będę mogła się z Panem przywitać, Szanowny Panie Doktorze.
środa, 24 kwietnia 2019
Przemyśleń garść
Czyli coś, co jedni lubią, drudzy nie, ale nie zmuszam do czytania nikogo, więc ci, którzy czują nieodpartą chęć potyrania mnie za to, że śmiałam na blogu opisać swoje, o matko, myśli, niech w tym momencie zajmą się czymś innym. Szydełkowaniem albo rozwiązywaniem krzyżowek. :)
Dzisiaj ogólnie jest dobry dzień, tak myślę. Wróciłam z Iławy do Poznania, jeszcze przed podróżą dowiadując się, że Chobi ma nowy zespół, co bardzo mnie cieszy. Szczerze mówiąc, już myślałam, że ta leniwa lama skończy jak większość Kagrry,, czyli bez zespołu od ośmiu lat.
Lamerzy.
Tak sobie myślę, że kocham mojego kota. Wróć, oba moje koty. I starego Toma, 19-letniego, który został u Rodziców, bo jest właściwie pupilem Mamy, a także mojego kochanego Hitosia, trzyletniego rudaska, którego adoptowałam w zeszłym roku.
Ale i tak chciałabym mieć psa. Taką małą, puchatą, szczekającą kuleczkę szczęścia, która może w końcu zapełni mi tę czarną dziurę po Reksiu. Ponieważ jestem dziwna i na pytanie, czy jestem kociarą czy psiarą, odpowiadam, że lubię motyle.
Odkryłam, że ja tak naprawdę nie mam artblocka. Mi się po prostu skończyły pomysły na fiki. Napisałam ich prawie (ponad?) dwieście, więc musicie mi wybaczyć, że teraz raczej rzadko się pojawiały, pojawiają i będą pojawiać. Wiem, że nikogo one nie obchodzą, a przynajmniej zawężony krąg osób, ale ja piszę dla siebie. Do szuflady. A publikuję tylko i wyłącznie dlatego, że nie chce mi się każdej osobie po kolei tego wysyłać.
Aczkolwiek w tym roku mija dziesiąta (czuję się staro, zabijcie mnie) rocznica założenia przeze mnie bloga, więc możecie się spodziewać czegoś ekstra w sierpniu. Planuję zrobić maraton postów. Może trochę fików, może trochę pierniczenia od rzeczy, może trochę artykułów o zespołach i innych ważnych sprawach (zwierzątka czy coś). Ogólnie będziecie mieli mnie dość. Ale to tak od czternastego, bo chyba wtedy jest rocznica, o ile mnie pamięć nie myli.
Dużo się zmieniło w moim życiu przez te 10 lat. Na lepsze i na gorsze. Ale o tym w sierpniu, teraz już was nie zanudzam.
A teraz wracam do sprzątania. Trzeba przygotować mieszkanie na wizytę gości.
Dobranoc. ^^
Dzisiaj ogólnie jest dobry dzień, tak myślę. Wróciłam z Iławy do Poznania, jeszcze przed podróżą dowiadując się, że Chobi ma nowy zespół, co bardzo mnie cieszy. Szczerze mówiąc, już myślałam, że ta leniwa lama skończy jak większość Kagrry,, czyli bez zespołu od ośmiu lat.
Lamerzy.
Tak sobie myślę, że kocham mojego kota. Wróć, oba moje koty. I starego Toma, 19-letniego, który został u Rodziców, bo jest właściwie pupilem Mamy, a także mojego kochanego Hitosia, trzyletniego rudaska, którego adoptowałam w zeszłym roku.
Ale i tak chciałabym mieć psa. Taką małą, puchatą, szczekającą kuleczkę szczęścia, która może w końcu zapełni mi tę czarną dziurę po Reksiu. Ponieważ jestem dziwna i na pytanie, czy jestem kociarą czy psiarą, odpowiadam, że lubię motyle.
Odkryłam, że ja tak naprawdę nie mam artblocka. Mi się po prostu skończyły pomysły na fiki. Napisałam ich prawie (ponad?) dwieście, więc musicie mi wybaczyć, że teraz raczej rzadko się pojawiały, pojawiają i będą pojawiać. Wiem, że nikogo one nie obchodzą, a przynajmniej zawężony krąg osób, ale ja piszę dla siebie. Do szuflady. A publikuję tylko i wyłącznie dlatego, że nie chce mi się każdej osobie po kolei tego wysyłać.
Aczkolwiek w tym roku mija dziesiąta (czuję się staro, zabijcie mnie) rocznica założenia przeze mnie bloga, więc możecie się spodziewać czegoś ekstra w sierpniu. Planuję zrobić maraton postów. Może trochę fików, może trochę pierniczenia od rzeczy, może trochę artykułów o zespołach i innych ważnych sprawach (zwierzątka czy coś). Ogólnie będziecie mieli mnie dość. Ale to tak od czternastego, bo chyba wtedy jest rocznica, o ile mnie pamięć nie myli.
Dużo się zmieniło w moim życiu przez te 10 lat. Na lepsze i na gorsze. Ale o tym w sierpniu, teraz już was nie zanudzam.
A teraz wracam do sprzątania. Trzeba przygotować mieszkanie na wizytę gości.
Dobranoc. ^^
Subskrybuj:
Posty (Atom)