piątek, 15 kwietnia 2016

Przed przeznaczeniem nie uciekniesz, czyli koncert Dio we Wrocławiu

Był październik 2009 roku. Miałam 14 lat, byłam zakochaną w jednym, jak się okazało, chamskim chłopaku, gimnazjalistką. Dowiedziałam się, że w Poznaniu będzie jakiś zespół jrockowy. Zapoznałam się z nimi, obejrzałam kilka teledysków, miałam śmieszki heheszki, bo basista miał przydomek Ivy. Postanowiłam namówić tego chłopaka i Nishi, by ze mną pojechali. Oboje się zgodzili, ale ich rodzice stwierdzili, że nie mogą jechać. Mi i Hanie nie chciało się jechać we dwie, na dokładkę okazało się, że jeden z gitarzystów, który przykuł moją uwagę, odszedł i nie jedzie w trasę z zespołem. Nie pojechałyśmy, a Dio się rozpadło.

W 2012 roku poznałam na Twitterze Kann. Zaprzyjaźniłyśmy się i dzięki niej zaczęłam słuchać w 2014 nowego zespołu pana basisty o śmiesznym przydomku (choć nie mam pojęcia, czemu gimnazjalną mnie to śmieszyło). Mówię oczywiście o Moranie, bo Ivy z Morana i ten z Dio to ta sama osoba. Moran jednak też się rozpadł. No cóż, bywa.

I wtedy pewna firma organizująca koncerty na swoje dziesięciolecie postanowiła na jedną trasę wskrzesić dwa zespoły, z którymi kiedyś współpracowała i które również obchodziłyby dziesięciolecie w tym roku. Dirtrucks i Dio. Jak zobaczyłyśmy na rozpisce trasy napis "Wroclaw, Poland", to od razu wiedziałyśmy, że jedziemy. Ściągnęłam dyskografię, przeraziłam się ciężkim brzmieniem tej muzyki, ale nieważne, słucham Dira, więc jakoś to przeżyłam. Kilka utworów bardzo mi się spodobało.

Nadszedł dzień koncertu. Ja, Hana i Kann pojechałyśmy do Wrocławia. Przed przeznaczeniem nie uciekniesz, po ponad sześciu latach pojechałam na koncert zespołu, na który chciałam jechać dawno temu. Gdzieś w głębi serca obawiałam się, że jednak mi się nie spodoba, patrząc na to, jak bardzo ostatnio jestem marudna i zdołowana. Ale...

Dio dało mi potężnego kopa w dupę. Owszem, siedzę teraz w piżamie przed komputerem, ale to dlatego, że nigdy wcześniej aż tak nie szalałam na koncercie i za bardzo nie mogę się ruszać. XD

Zacznijmy od najważniejszego - muzyki. Zagrali ciężkie utwory, jak i trochę lżejsze, Mikaru dał nam śpiewać, zdarłam sobie gardło na "God Forsaken", cóż. Zaraz potem było "Last dance", również jedna z moich ulubionych piosenek. Ale mówię, śpiewać nie będę, za bardzo mnie to gardło boli. Moje plany spaliły na panewce, jak na encore zagrali "Carry dawn", mój faworyt numer 1 z ich dyskografii. Znów się darłam, moje gardło płakało, ale ja miałam ochotę ich wyściskać. Co zresztą zrobiłam na autografach, chociaż oni tulili mnie, jakbym była z porcelany. XD

Dobra, teraz oni! Ivy na początek. W skrócie, wariat. Na początku tak szalał, że wyglądał, jakby go coś opętało. Opamiętał się w momencie, gdy przywalił sobie gryfem w głowę. Na całe szczęście nic poważnego sobie nie zrobił, ale widać było po jego minie, że chyba się nie spodziewał po tylu latach takiego wypadku. Ogólnie wdzianko mu się trochę zsuwało i można było zobaczyć co nie co, co go chyba irytowało i na encore założył koszulkę z trasy. Na autografach zdziwił się wielce, że chcę go przytulić, choć Hana zrobiła to tuż przede mną, ale z tego, co mówiła, dziwił się przy każdym. Ivy, jesteś pociesznym człowiekiem i genialnym basistą, przestań się dziwić, że ludzie cię kochają! ^o^

Mikaru za to powalił mnie na podłogę swoim czystym wokalem. Może to i kontrowersyjny, niezdecydowany wariat, ale no, jest pocieszny. Próbował być groźny i gotycki, ze skrzydłami nietoperza na plecach i białymi kontaktówkami, ale mu to trochę nie wyszło. Zwłaszcza, jak prowokował fanki do macania go, jak się śmiał, jak wskoczył na barierkę i jak nie mógł z niej bez pomocy fanek zejść... I jak w połowie mojego "Can I hug you?" sam wyrwał się do przytulenia mnie. Swoją drogą, na encore wpadł bez koszulki. Matko, jaka ładna klata, jakie mięśnie, jaki piękny brzuch! Tylko Mikaru, błagam, ogól pachy... XD

Denka, Syu, jak go tam zwą, okazał się być świetnym perkusistą. Grał nawet wtedy, gdy odłamała mu się jedna czwarta pałeczki. A na autografach sam się przywitał i po podpisaniu zdjęcia sam spytał (po angielsku), czy coś jeszcze od niego chcę. Oczywiście chciałam go przytulić, na co on z miną szczeniaczka to zrobił. Serio, Denka wygląda jak taki szczeniaczek, chyba dlatego, że jest pyzaty. XD

Erina jest słodkim chibi gitarzystą, a Kei chyba zmęczył się z nich wszystkich najbardziej. Przepraszam, że o nich tak krótko, ale jakoś nie zapadli mi mocno w pamięć. Chociaż też ich przytuliłam! Żeby nie było, że faworyzuję pozostałą trójkę.

Coś chyba jeszcze miałam... A, tak. Mieli perfekcyjny kontakt z nami, Mikaru bardzo dobrze zna angielski, więc wszystko rozumieliśmy. Szkoda tylko, że nie nauczyli się nic po polsku.

I krótka wzmianka o Dirtrucks - był na tyle dobry, by ściągnąć mnie z krzesła, ale nie na tyle, bym miała o nich jakieś super zdanie i stwierdziła "Tak, zaczynam słuchać tych dziewczyn". Bo to kobiety były. No i wkurzało mnie, że wszystkie teksty były po angielsku, śpiewane oczywiście z japońskim akcentem, w związku z czym brzmiało to gorzej niż źle. Naprawdę nie można śpiewać w swoim ojczystym języku? Poza tym, każdy utwór był na to samo kopyto. Dało się tego posłuchać i się pobujać, ale tyłka mi nie urwało. A jak mnie wokalistka zapytała na autografach, jak noc, to odpowiedziałam tylko "It was amazing", choć nie miałam na myśli ich występu. Ucieszyło ją to, ale wyprowadzać jej z błędu nie chciałam. Niech się dziewczyna cieszy.

Kann złapała dwie kostki, Eriny i Ivy'ego. I wiecie co? Ta Ivy'ego jest z logiem Morana! To takie słodkie, że on wciąż gra na moranowych kostkach.

To chyba wszystko. Dodam tylko, że wrzucę zaraz Dio do rankingu ulubionych zespołów, bo na to zasługują.

A moje dark moment zbliża się ku końcowi.

Miłego dnia!