A teraz "trochę" wam opowiem o moim wyjeździe w góry. Byłam tam z Haną, Babcią i Dziadziusiem.
Dzień I
Wyjechaliśmy o 6:30. Oczywiście nie obyło się bez "przygód". Na początek oparzyłam się herbatą (Nishi wie, co to za ból). Potem nie mogłam "pogodzić się" z toaletą publiczną i musiałam sikać w lesie. Oczywiście nalałam sobie do buta. Jakie to normalne ;). I gdy już myślałam, że nic gorszego nie może się stać, samochód zepsuł się w jakimś zadupiu! Największą atrakcją w tym miejscu były ruiny kościoła żydowskiego, do którego nawet wejść nie można było. Zostawiłyśmy więc Dziadziusia w tym zadupiu z samochodem i misją znalezienia mechanika i pojechałyśmy busikiem do Krakowa. Z Krakowa do Zakopanego, a stamtąd do Bukowiny Tatrzańskiej, gdzie miałyśmy zamówiony nocleg. Hana zapytała się kierowcy, gdzie mamy wysiąść, a ten debil powiedział nam, że "na rondzie". Czemu debil? Bo okazało się, że wysiadłyśmy o dwa przystanki za blisko i musiałyśmy z torbami przez całą Bukowinę lecieć! Ot debil. No więc idziemy i ciągle pytamy się gdzie jest kościół (Pani z pensjonatu podała taki punkt orientacyjny). Jedna pani, jak usłyszała, że kościoła szukamy, to się zdziwiła i zapytała:"A wy o tej godzinie modlić się idziecie?" (było już grubo po 21). No i idziemy dalej, a ja śpiewam sobie jrockowe piosenki, bo bez nich już dawno bym się zatrzymała. A tu idzie kobieta, gdzieś koło 50-tki z brzuchem wylewającym się jej z maksymalnie opuszczonych spodni (majtki jej normalnie wystawały) i łapie się słupka, bo ustać nie może i się pyta: "Jeest tu jeeszczee jakaś dyskoteeka?". My grzecznie odpowiadamy, że nie wiemy, idziemy kilka kroków i wybuchamy śmiechem, bo przecież to było tak śmieszne, że się posikać można było. Gdy w końcu doszliśmy do pensjonatu, opowiedzieliśmy Pani naszą historię, a ona się załamała. Potem zrobiła nam kolację i w końcu poszłyśmy spać.
Dzień II
Wstałyśmy o 8:30 i poszłyśmy na przepyszne śniadanie. Potem łaziłyśmy po Bukowinie, kupiłyśmy kilka książek, dużo kapci, prezent dla Nishi i dwie pluszowe owieczki (Hana się uparła, że muszę kupić parkę. Ja chciałam tylko swoją kolekcję powiększyć. Nie żebym się potem nimi bawiła, po prostu mam takie hobby zbierania pluszaków. Jak jadę do Helu, to sobie foczkę kupuje). Potem pojechałyśmy do Zakopanego busikiem. Były straszne korki, więc pan kierowca krzyknął w pewnym momencie "Trzymać się" i pojechał skrótem. Wiedział, że wszyscy jadą do Zakopanego, bo nie miał w planie trasy zatrzymywania się nigdzie indziej. Ja zamyśliłam się o jrockowcach i nie za bardzo zwracałam uwagę, gdzie i którędy jedziemy. A potem od Hany dowiedziałam się, że jechaliśmy po takich drużkach, że tylko busik się mieścił. W Zakopanem kupiliśmy babuszki (matrioszki), naszyjniki z kanji, flagę Japonii i herbaty o przeróżnych smakach. Ja kupiłam też prezent dla Babci i kazałam Hanie zająć ją czymś, gdy tą czynność wykonywałam. Potem poszliśmy do zajefajnego baru, gdzie na ścianach wisiały gitary elektryczne i akustyczne. Obejrzałam sobie cały bar, a gdy wracałam (bar był naprawdę duży), jedna pani zapytała mnie, czy może w czymś pomóc. Ja odpowiedziałam, że oglądam sobie wystrój, a pani tylko się zdziwiła. Oczywiście zrobiłyśmy sobie z Haną przy tych ścianach zdjęcia. Potem wróciłyśmy do pensjonatu autobusem i wysiadłyśmy już na dobrym przystanku. Zjadłyśmy przepyszny obiad, a niedługo potem przyjechał Dziadziuś. Połaziliśmy jeszcze po Bukowinie i poszliśmy spać.
Dzień III
Początek dnia był taki sam, jak drugiego. Pojechaliśmy do Zakopanego jeszcze raz i poszliśmy na Gubałówkę. Tzn. wjechaliśmy kolejką. Mnie niestety rozbolała tam głowa, więc szybko wróciliśmy. Choć ja i Hana zgodnie stwierdziłyśmy, że to nie jest szczyt, tylko "miasteczko handlu duperelami". Poszliśmy kupić jeszcze prezenty dla Nishi i Ealin i pierścionki zmieniające kolor pod wpływem nastroju właściciela i wróciliśmy do pensjonatu, gdzie zjedliśmy przepyszny obiad. Potem obejrzeliśmy fajny film i poszliśmy spać.
Dzień IV
Wstaliśmy o 7:30 i zjedliśmy pyszne śniadanie, oraz zrobiliśmy sobie kanapki na drogę. Wyjechaliśmy o 10:00, bo Hana i Babcia musiały jeszcze oscypki pokupować. A to dziadostwo, zwane GPS-em, wyprowadziło nas na takie dróżynki leśne, że zaczęłam się zastawiać, jak dawno Akiya swojego GPS-a wywalił przez okno. Na szczęście w końcu jakoś dojechaliśmy do domu i zjedliśmy bunc, a potem poszliśmy spać.