Boli mnie od rana nerka. W pewnym momencie bolała mnie w takim stopniu, że rodzice i Rei zawieźli mnie do szpitala.
Najpierw przez 15 minut nikt do mnie nie przychodził. Leżałam sama na oddziale ratunkowym i patrzyłam w sufit, płacząc z bólu. Jak przyszedł lekarz, myślałam, że będzie dobrze. Nie było.
Lekarz: Co boli?
Ja: *pokazuje na nerkę* Tu.
Lekarz: Długo?
Ja: Tak.
Lekarz: Brała pani leki?
Ja: Tak.
Lekarz: Jakie?
Ja: Ibum.
Lekarz: Jaka dawka?
Ja: Jedną tabletkę?
Lekarz: Ale ile było w tej dawce [wstaw nazwę jakiegoś dziwnego składnika, którego przeciętny Kowalski nigdy nie widział na oczy].
Ja: Nie wiem.
Lekarz: Była pani u lekarza?
Ja: Nie.
Lekarz: Dlaczego?
Ja: ...przyjechałam tutaj.
Lekarz: Ale proszę pani, my się nie zajmujemy tutaj takimi rzeczami. My ratujemy zdrowie i życie w przypadku zatrzymania krążenia albo funkcji oddechowych, a nie, że kogoś coś boli.
Ja: Rodzice mnie tu przywieźli.
Lekarz: Rodzice? Ale przecież pani jest pełnoletnia. Czy pani jest taka nieodpowiedzialna, że rodzice muszą panią przywozić? To pani za siebie decyduje, a zabieranie czasu lekarzom na tym oddziale, bo panią coś boli, jest czystą nieodpowiedzialnością.
Ja: *zaczyna płakać, bo nerwy i boli jak cholera*
Lekarz: Niech się pani nie maże jak trzyletnie dziecko. Bądźmy poważni i dorośli. Czym mogę pani służyć?
Ja: Słucham?
Lekarz: Czym mogę służyć? Bo panią tylko coś boli. Więc to ja słucham. Bo ja nie wiem, co mam robić.
Ja: Nie wie pan?
Lekarz: Nie.
Ja: To ja idę do domu. *wstaje* *wychodzi*
Wszyscy: *totalna olewka* *powinni ją zatrzymać, ale po co*
Pielęgniarka: *wybiega za nią z dowodem*
Ja: *bierze dowód* *idzie pieszo do domu* *dzwoni do Mamy z telefonu babki siedzącej na ławce i jedzącej wiśnie*
Rodzice: *przyjeżdżają wielce zdziwieni, bo nikt ich nie poinformował, że wyszła*
A jak Tata poszedł ich opierdolić, to lekarz się wszystkiego wyparł i stwierdził, że nie chciałam się poddać badaniu i nie odpowiadałam na pytania. :)
Jutro idę do pediatry. Tam nikt się nie będzie mnie czepiał, że płaczę.