Zatrucie pokarmowe? Kolorowanie podłogi o ósmej rano? E tam! O 13 już wsiadałam do pociągu do Warszawy, bo na koncert trzeba jechać. Może to dlatego, że mój głupi mózg dawał mi przesłanki, że jeśli nie pojadę, to długo nie pozbieram się po tym psychicznie? A może po prostu aż tak kocham muzykę? A może nawet i wszystko razem.
Fakt faktem, pojechałyśmy z Haną do Warszawy na G.L.A.M.S. Tak, znowu. Ale co poradzę, że ze wszystkich zespołów i projektów, których słucham, tylko Mikaru chce się do nas co roku przyjeżdżać? Teoretycznie w październiku był koncert Dira, ale na Dirze byłam dwa razy i dwa razy się wynudziłam do tego stopnia, że nawet nic nie napisałam na ten temat na blogu, bo nawet nie wiedziałam, od czego zacząć.
Na miejscu spotkałyśmy się z Kann, Toshiki i Shishuu, z którymi poszłyśmy do North Fisha, gdzie niestety mogłam zjeść jedynie ciepłą, dyniową zupkę, bo niczego innego mój biedny, rozklekotany żołądek by nie przeżył. Była dobra, ale jednak rybka jest apetyczniejsza. Ech... Do dzisiaj siedzę na sucharkach i krakersach, chociaż dzisiaj wcisnęłam w siebie nawet gotowane klopsy.
Miłą pogawędkę w North Fishu niestety trzeba było zakończyć, choć dawno chyba tak dobrze się nie bawiłam, po prostu siedząc i gadając w gronie osób większym niż trzy osoby. Nawet, jeśli nie było tego po mnie widać, bo jednak cały czas mnie mdliło, ale byłam zawzięta, że na ten koncert pojadę i nawet byłam już na miejscu.
W klubie Voodoo znalazłyśmy się tuż przed tym, jak zaczął grać support. Szczerze mówiąc, po raz pierwszy support mnie nie zawiódł. Co więcej, to byli Polacy. Utwory były w całości po angielsku, ale muszę przyznać, że Not Yet, bo tak się chłopaki zwą, dali radę. Tylko perkusista musi się jeszcze dużo podszkolić, bo grał z metronomem, a i tak było nierówno. I niech zmieni stylistę...
Przechodząc do głównej gwiazdy wieczoru, Glams w końcu pojawiło się na scenie. Mikaru oczywiście wszedł ostatni. Tym razem zabrał ze sobą Yudaia zamiast Eriny (czyżby nauka na błędach?), ale jego nieodłączny Syu oczywiście siedział za perkusją, a Tetsuto znowu brzdąkał na basie. Na początku koncertu Mikaru pokazał mi gestem dłoni, że mam podejść bliżej sceny, bo siedziałam na krześle (z powodu ogólnego złego samopoczucia), ale tylko uśmiechnęłam się przepraszająco i pokręciłam głową. Ale dawałam z siebie na tym krześle wszystko i tak machałam rękami, że zakwasy miałam jeszcze we wtorek!
W zasadzie zagrali chyba dokładnie wszystko ze swojej twórczości. Na całe szczęście "Call my name" również. Oprócz tego pamiętam na bank "The light of my life", "Be alone", "Forgive me", "Rainy highway", "Our freak show" i taką piękną balladę, na której dosłownie wszyscy płakali. Z Mikaru na czele, na niektórych fankach kończąc.
Mikaru jak zwykle nas nie zawiódł. Ani swoim poczuciem humoru (znowu stwierdził, że mamy ściągnąć ubrania i dodał, że w Polsce musi to powiedzieć zawsze), ani swoim talentem (ten facet naprawdę zarąbiście brzmi również na żywo), ani swoją fenomenalną, angielską dykcją. Aż miło go słuchać. I po polsku też się starał trochę mówić. To takie urocze, kiedy zagraniczni artyści jednak próbują porozumieć się z publicznością. *wymowne spojrzenie w kierunku Dira*
Yudai okazał się pociesznym derpem, o wiele sympatyczniejszym i bardziej utalentowanym od Eriny. Naprawdę jestem wdzięczna Mikaru za zabranie go zamiast tej przygłupiej księżniczki. Za to Tetsuto tak samo pocieszny, jak ostatnim razem. Aczkolwiek Yudai i Tetsuto tworzą ciekawy duet. W dużym skrócie, Yudai jest przeraźliwie chudy, a Tetsuto to w zasadzie taka trochę kluseczka. XD
Tymczasem w przeciwieństwie do perkusisty od supportu, Syu za perkusją to poezja. Zagrał taką świetną solówkę, że w pięty mi poszło i aż wstałam na tę jedną chwilę. Wcześniej też próbowałam, ale zakręciło mi się w głowie po połowie piosenki i stwierdziłam, że jednak nie. Wracając do Syu, widać było, że daje z siebie wszystko, mimo zmęczenia. Zdeterminowany był niczym ja, siedząca po drugiej stronie sceny z bolącym żołądkiem, ale uparta i zawzięta, że będę tutaj do końca.
Na after party miałam delikatne wrażenie, że Mikaru zapamiętał tę bladą jak ściana dziewczynę przykutą do krzesła, bo takim teatralnym wręcz gestem zaprosił mnie do stolika. Syu za to się pogubił i nie wiedział, komu oddać zdjęcie, które właśnie podpisał. Wszyscy grzecznie podali mi ręce i stwierdzali, że do zobaczenia następnym razem. Oczywiście, że tak, panowie. Dla was pojadę wszędzie. Mam przynajmniej gwarancję dobrej zabawy.
czwartek, 6 grudnia 2018
niedziela, 19 sierpnia 2018
VERY GOOD NEWS
Ogólnie mój ranking wokalistów wygląda tak, że Yusa jest tam na trzecim miejscu.
Plus THE KIDDIE to nadal mój numer 2 wśród zespołów mimo, że nie istnieją od ponad trzech lat.
Więc...
YUSA MA NOWY ZESPÓŁ.
NAZYWA SIĘ AGEHA.
AAAAAAAAAAAAAAAAAA.
Tyle na temat, dziękuję za uwagę, przepraszam za fangirling. ^^
Plus THE KIDDIE to nadal mój numer 2 wśród zespołów mimo, że nie istnieją od ponad trzech lat.
Więc...
YUSA MA NOWY ZESPÓŁ.
NAZYWA SIĘ AGEHA.
AAAAAAAAAAAAAAAAAA.
Tyle na temat, dziękuję za uwagę, przepraszam za fangirling. ^^
wtorek, 6 marca 2018
Silence
Wychowywałam się w domu, w którym zawsze ktoś był. Rzadko zostawałam sama w domu, zazwyczaj przynajmniej Mama była za ścianą (Tata rzadko bywał w domu, bo pracował albo poza miastem, albo do późnych godzin). A żebym została sama na noc, to już w ogóle musiało być święto narodowe i nawet nie wiem, czy kiedykolwiek coś takiego się stało.
Jak poszłam na studia, to na pierwszej stancji mieszkało nas sześć osób. Owszem, Szymon i Iwona byli irytujący, a Torumi okazał się po pół roku związku idiotą, ale zawsze ktoś był. Zawsze była jedna Ania za ścianą i druga Ania kilka pokoi dalej.
Na drugiej stancji mieszkałam przez pierwszy rok z Manahime, Evenes i Agatką. I też zawsze ktoś w domu był, rzadko zdarzały się sytuacje, że byłam sama. Bardzo rzadko. Na drugim roku Agatka się wyprowadziła i wprowadził się jełop, którego ochrzciłyśmy Formatem Vistą, bo zachowywał się, jakby co chwilę miał format dysku i pracował w systemie Windows Vista. Ale nawet, jak byłam w mieszkaniu sama z tym idiotą, to i tak ktoś był.
Potem przez półtora miesiąca mieszkałam sama, kiedy ostatecznie przeprowadziłam się do Poznania. Ale odliczałam dni, aż Evenes się wprowadzi i w końcu zamieszkałyśmy razem. Tyle, że po rozstaniu doszłyśmy do wniosku, iż mieszkanie razem nas niszczy - i nie powinnyśmy być ani razem, ani współlokatorkami.
I mimo, że mam dwa koty, to w tym domu jest pusto. Brakuje mi spontanicznych rozmów, brakuje mi bezcelowego siedzenia z kimś przed telewizorem, brakuje mi robienia komuś herbaty, obiadu czy opiekowania się nim, gdy jest chory.
Podziwiam wszystkich singli, którym takie życie odpowiada. Którzy cieszą się samotnością w swoim własnym mieszkaniu. Albo osób, które po prostu tę samotność lubią, jak moja Mama czy Babcia.
Ja nie lubię. I nie polubię.
Najgorzej było w urodziny. Czułam się dziwnie, gdy nie spędziłam ich totalnie z nikim, bo akurat była sesja i nawet, gdybym chciała się z kimś spotkać, to i tak musiałam uczyć się do egzaminu, który miałam następnego dnia. Więc postanowiłam, że nigdy więcej. W następnym roku kogoś zaproszę, nawet możemy uczyć się razem, byle ktoś był.
I mam wrażenie, że zacznę serio zapraszać na noc wszystkich znajomych z Poznania po kolei na każdy weekend, bo inaczej dostanę chyba świra... XD
Jak poszłam na studia, to na pierwszej stancji mieszkało nas sześć osób. Owszem, Szymon i Iwona byli irytujący, a Torumi okazał się po pół roku związku idiotą, ale zawsze ktoś był. Zawsze była jedna Ania za ścianą i druga Ania kilka pokoi dalej.
Na drugiej stancji mieszkałam przez pierwszy rok z Manahime, Evenes i Agatką. I też zawsze ktoś w domu był, rzadko zdarzały się sytuacje, że byłam sama. Bardzo rzadko. Na drugim roku Agatka się wyprowadziła i wprowadził się jełop, którego ochrzciłyśmy Formatem Vistą, bo zachowywał się, jakby co chwilę miał format dysku i pracował w systemie Windows Vista. Ale nawet, jak byłam w mieszkaniu sama z tym idiotą, to i tak ktoś był.
Potem przez półtora miesiąca mieszkałam sama, kiedy ostatecznie przeprowadziłam się do Poznania. Ale odliczałam dni, aż Evenes się wprowadzi i w końcu zamieszkałyśmy razem. Tyle, że po rozstaniu doszłyśmy do wniosku, iż mieszkanie razem nas niszczy - i nie powinnyśmy być ani razem, ani współlokatorkami.
I mimo, że mam dwa koty, to w tym domu jest pusto. Brakuje mi spontanicznych rozmów, brakuje mi bezcelowego siedzenia z kimś przed telewizorem, brakuje mi robienia komuś herbaty, obiadu czy opiekowania się nim, gdy jest chory.
Podziwiam wszystkich singli, którym takie życie odpowiada. Którzy cieszą się samotnością w swoim własnym mieszkaniu. Albo osób, które po prostu tę samotność lubią, jak moja Mama czy Babcia.
Ja nie lubię. I nie polubię.
Najgorzej było w urodziny. Czułam się dziwnie, gdy nie spędziłam ich totalnie z nikim, bo akurat była sesja i nawet, gdybym chciała się z kimś spotkać, to i tak musiałam uczyć się do egzaminu, który miałam następnego dnia. Więc postanowiłam, że nigdy więcej. W następnym roku kogoś zaproszę, nawet możemy uczyć się razem, byle ktoś był.
I mam wrażenie, że zacznę serio zapraszać na noc wszystkich znajomych z Poznania po kolei na każdy weekend, bo inaczej dostanę chyba świra... XD
wtorek, 2 stycznia 2018
The end of Wines
Krótki post, może trochę smutny, może nie.
Mój prawie dwuletni związek się dzisiaj zakończył. W zgodzie. Nadal jesteśmy przyjaciółkami.
Także tego.
Idę szukać nowych promyczków nadziei~
Mój prawie dwuletni związek się dzisiaj zakończył. W zgodzie. Nadal jesteśmy przyjaciółkami.
Także tego.
Idę szukać nowych promyczków nadziei~
Subskrybuj:
Posty (Atom)