Na wstępie już tłumaczę, dlaczego piszę tę recenzję po dwóch miesiącach. Otóż miałam matury plus zwaliły mi się na głowę problemy natury prywatnej. Także dzisiaj się w końcu za to zabieram.
W lutym siedziałam spokojnie przed komputerem, myśląc o tym, jak bardzo chce mi się jakiegokolwiek koncertu. Rok bez skakania i darcia mordy w zatłoczonym klubie to straszny odwyk, serio. I wtedy dowiedziałam się, że do Polski przyjeżdża heidi., jeden z ulubionych zespołów Kann. "Czemu nie pojechać z nią?", pomyślałam, po czym obgadałam wszystkie sprawy z Mamą i Dziadkami, oraz z samą Kann.
Po paru perypetiach, w końcu wsiadłam do pociągu i pojechałam do Działdowa, skąd przesiadłam się w pociąg do Warszawy. Na miejscu poczekałam 10 minut na Kann, po czym poszłyśmy szukać drogi do klubu. W skrócie, spędziłyśmy kilka godzin na szukaniu cholernego przystanku autobusowego, spotykając mnóstwo meneli i durnych Warszawiaków, którzy, mieszkając tam od X lat, nie potrafili nam wskazać drogi. W końcu wylądowałyśmy w tramwaju i dojechałyśmy do klubu. Byłyśmy jednymi z pierwszych, które się tam dostały. Podpisałyśmy się na fladze, pogadałyśmy z jakąś creepy barmanką i wtedy napisała do mnie Nishi, że już jest. Oczywiście filsy mną miotnęły, jak to przy każdym spotkaniu z najlepszą przyjaciółką, i po dzikim biegu wylądowałam w jej ramionach. Przedstawiłam Nishi i Kann sobie, spełniając swoje marzenie, by te dwie się znały osobiście, bo tak jakoś lubię, gdy ci, których kocham, mogli się zobaczyć na żywo. XD
Fakt faktem, po rozmowie z Nishi, która nauczyła mnie, że ci prawdziwi przyjaciele jednak nadal istnieją, stanęłyśmy przy wejściu do klubu i czekałyśmy. Weszłyśmy do środka, ogarnęłyśmy ciuchy i bagaże, po czym znalazłyśmy ładne miejsce do stania. Nishi wolała klapnąć sobie z lewej strony, ja usiłowałam stanąć tak, by widzieć perkusistę, którego jako jedynego wtedy kojarzyłam. XD
Osób było mało. Muzycy, wchodząc na scenę, musieli się pewnie zastanawiać, czy damy radę się wczuć i czy oni dadzą radę złapać z nami kontakt. Po nikim nie było tego widać, prócz po Yoshihiko, czyli wokaliście, który ewidentnie się przestraszył. ^^""""
Koncert się zaczął. To było w sumie dziwne. Nie znałam ludzi na scenie, a atmosfera porwała mnie w momencie i tak już mnie trzymała. Yoshihiko przez pierwsze dwie piosenki nas badał, obserwował i sprawdzał, a na trzeciej już mu się mordka śmiała i tylko wołał "Dżampu, dżampu". XD
Powiem tak. Myślałam, że to Anli miało świetny kontakt z publicznością. heidi. ich pobiło na głowę. Yoshihiko mówił do nas wprawdzie mieszanką japońskiego i polskiego, ale tę japońską część dało się zrozumieć na tyle, by wiedzieć, o co mu chodzi. A po polsku nauczyli się naprawdę dużo. Byli jedynym zespołem, który powiedział "Kochamy was!", czyli który ogarnął coś takiego jak liczba mnoga. Na MC Yoshihiko trochę z nami porozmawiał, potem oddał głos Nao i mieli zacząć grać, ale cały pierwszy rząd zaczął krzyczeć "Kiri, Kiri!". Yoshihiko spojrzał na nas z lekką dezorientacją, aż w końcu jakaś znająca japoński dziewczyna poprosiła go po japońsku, by Kiri coś powiedział. Yoshihiko już kompletnie zgłupiał, podszedł do Kiriego i, tak wnioskuję, zapytał go, czy on wie, co miałby w ogóle powiedzieć. Po czym wokalista wrócił na swoje miejsce i powiedział, że na Kiriego musimy trochę poczekać, po czym zaczęli grać kolejną piosenkę.
Po trzech utworach, Yoshihiko podszedł do Kiriego i dał mu mikrofon. Kiri, kompletnie speszony, wstał zza swojej perkusji i chyba chciał powiedzieć "dziękuję", ale mu nie wyszło. Więc podczas tego, jak Kiri do nas mówił, Yoshihiko stał z boku i tłumaczył mu, jak ma to wymawiać. Kiri zakończył swoją wypowiedź głośnym "Dzię - ku - ję" i usiadł, sprawiając wrażenie, jakby chciał schować głowę w swój sweterek i tak zostać. XD
Tak jak wszystkie piosenki były żwawe, skoczne i idealne do szaleństwa, tak jedna wprowadziła w sali nastrój kompletnej zadumy. Przez te kilka minut stałam lekko otępiała i patrzyłam na przeżywającego słowa utworu Yoshihiko, który prawie tulił mikrofon do siebie. Dzisiaj już wiem, że to była "Kanata" - piosenka, która została moją ulubioną spośród całego dobytku artystycznego heidi..
Koncert się skończył. Zespół zszedł ze sceny, wszyscy poszli pozabierać rzeczy z szatni i rzucili się do sklepiku. Ja spontanicznie kupiłam sobie photoset (a mogłam "Alphę", ale wtedy nie wiedziałam, że tam jest "Kanata" =.=). Usiadłyśmy z Kann, Nishi i Dominiką na podłodze i sobie gadałyśmy. Kann kupiła singielek z jedną piosenką, ale bardzo fajną piosenką. I tu przechodzimy do największego zonka tego wieczoru.
Nishi: Winry, a gdzie będą autografy?
Winry: Jakie autografy?
Nishi: No mówili, że będą autografy po koncercie.
Winry: *opad szczęki* *szczęka turla się do samej Japonii* *wraca* Kann, będą autografy.
Kann: Ale że co, że są na zdjęciach, tak?
Winry: Nie. Będą. Będziemy do nich podchodzić.
Kann: *stupor* *przerażenie w oczach połączone z miną pt. "Nie zemdlej."*
Tak, były autografy. Po dokładnym wyjaśnieniu rozentuzjazmowanej Kann, co ma robić, co mówić i gdzie wskazać palcem, że mają bazgrnąć autograf, podeszłam do Nao, który przed chwilą wstrzymał na chwilę fanki, bo musiał napić się Tyskie. XD
Później był Kiri. Kiri został okrzyknięty zespołową ojejcią, bo poziom jego speszenia dorównuje poziomowi Shina z Kagrry,. On jest perkusistą, a uścisnął mi rękę tak delikatnie, że myślałam, że złapałam za nią pięcioletniego chłopca, a nie faceta, który od dziesięciu lat wali w bębny. XD
Yoshihiko. Podeszłam do niego, a ten uśmiechnął się tak szczerze i uroczo do mnie, że gdyby siedział ostatni, to bym bodaj usiadła i tak już została. Nie wiem, jaką zrobiłam wtedy minę, ale fangirling na mojej twarzy musiał być piękny, skoro wokalista zaczął chichotać pod nosem. XD
Później był Kohsuke. Tak jak wyżej wymienieni, uśmiechnął się, podziękował po polsku, podpisał się na zdjęciu, podał rękę i znów podziękował znowu po polsku. Pamiętam go trochę jak przez mgłę, bo po Yoshihiko trochę mną miotnęło i nie za bardzo ogarniałam. Miał spódnicę w kratę. Tyle wiem. XD
Potem pożegnałyśmy się z Nishi i zaczęłyśmy szukać drogi na dworzec. Autobus wysadził nas ładnie na przystanku. Gorzej było się dostać na sam dworzec. Znowu błądziłyśmy jak głupie, a w środku całego zamieszania przyczepiła się mnie jakaś policjantka, która wzięła mnie za nieletnią. Jej mina, gdy jej powiedziałam, że mogę pokazać dowód, by udowodnić, że mam 19 lat - bezcenna.
Kiedy dotarłyśmy do McDonalda, najpierw zamówiłyśmy sobie duże frytki. Wtedy przyczepił się do nas jakiś pijany kibic, który stwierdził, że jesteśmy śliczne, życzył nam dobrej nocy i sobie poszedł. Później wzięłyśmy po ciastku, które zjadłyśmy za szybko i musiałyśmy wziąć kawę. Siorbałyśmy sobie kawę, a tu jakiś Afgańczyk się zaczął do nas przystawiać, wcześniej odwalając yaoi party z własnym bratem. Nie mam pytań do tego narodu. O.o
Jako że McDonald miał przerwę techniczną, musiałyśmy się na godzinkę przetransportować do poczekalni. Potem stwierdziłyśmy, że zostało 15 minut do pociągu, to pójdziemy do łazienki. Ale wiecie co? W Warszawie chyba się uważa, że pęcherz człowieka śpi od 22 do 6, bo toalety było nieczynne w tych godzinach. Że co?
Potem pojechałam do Kann, bo na swój pociąg musiałabym czekać trzy godziny sama, a poza tym, on odjeżdżał z innej stacji, na którą pewnie za cholerę bym nie trafiła. Przez roztargnienie wywołane PMSem zapomniałam zabrać piżamy, więc pożyczyłam od niej. Tym razem nie kupiłam oscypków, bo byłam zbyt padnięta, by jeszcze rozmawiać z ludźmi, których nie znam. XD
Po powrocie do domu obejrzałam teledyski heidi. i zrozumiałam, czemu Yoshihiko się wtedy tak uśmiechnął. Miałam na sobie białą bluzkę i czarną kamizelkę, gdzie on był tak ubrany chyba w trzech teledyskach. Z głupia franc zrobiłam pseudocosplay swojego przyszłego ulubieńca. ^o^"""
Cieszę się, że tam pojechałam. Dzięki temu spontanicznemu pomysłowi poznałam naprawdę świetny zespół i mam naprawdę miłe wspomnienia. Coś takiego było mi potrzebne. Jeśli kiedyś znowu przyjedzie jakiś zespół, który wpisuje się w czołówkę Nishi albo Kann, to zadzieram kiecę i lecę, bo być może uda mi się wyhaczyć kolejną perełkę z jrockowego światka. :)