Nie wiem, czy już kiedyś o tym wspominałam, ale pewnego razu oglądałam anime pt. "Shingetsutan Tsukihime". Bardzo mi się ono podobało, więc ostatnio, zainspirowana tym screenshotem,
postanowiłam obejrzeć "Kara no kyoukai". Przez moje zboczenie zawodowe, od zawsze, jak spotykałam się gdzieś z tą serią, widziałam w Shiki Akiyę. No ale serio, ona wygląda jak jego animowana wersja, tylko że jest kobietą. I ma cycki. W sumie to jest płaska. Ale jakieś tam ma.
Fakt faktem, w momencie, gdy Mikiya skojarzył mi się z Torą, nie wytrzymałam i stwierdziłam, że muszę, po prostu muszę obejrzeć to anime.
Nie chce mi się zbytnio wdrażać w fabułę, pisać takiej obszernej recenzji jak przy "Katawa Shoujo". Chcę po prostu podzielić się refleksjami na temat tej serii siedmiu filmów.
To, co mnie chyba najbardziej irytowało, to achronologia wydarzeń. Gdybym chciała oglądać to tak, jak działy się wydarzenia, musiałabym zacząć od drugiego filmu, potem obejrzeć czwarty, trzeci, pierwszy, piąty, szósty i siódmy.
Jeśli chodzi o muzykę, jest genialna i świetnie dobrana do fabuły i wydarzeń. Kalafina spisała się naprawdę dobrze, nagrywając do tego ścieżkę dźwiękową.
Kreska... No cóż, od zawsze mam słabość do kreski Type Moon. Jest piękna, ale nie idealna, co mnie w niej urzeka. Bo nie ma ideałów. Ani nikt, ani nic nie jest idealne. Poza tym, oczy na pół twarzy ma tutaj chyba tylko Azaka i Mikiya w młodszej wersji. Przedstawienie linii śmierci podobało mi się o wiele bardziej, niż w "Shingetsutan Tsukihime". No i tam Shiki Tohno widział linie cały czas, a tutaj Shiki Ryougi nauczyła się nad tą mocą panować. Poza tym, widać, że mijają lata, że postacie dorastają. Nie ma czegoś takiego jak w niektórych seriach, że ktoś przez całe życie wygląda tak samo, jak na przykład Edward w pierwszej wersji FMA.
Fabuła jest naprawdę dopracowana w każdym calu. Nie ma chyba ani jednej luki fabularnej, a nawet jeśli na początku jakaś była, to później wszystko się wyjaśniło. Jeśli chodzi o zastrzeżenia do fabuły, to mam trochę do trzeciego filmu i do scen gwałtu na Fujino. To chyba było nie na moje nerwy. A sama Fujino jest tak absolutnie irytująca, że miałam sama ochotę ją zabić. Ugh. No i oczywiście film piąty, gdzie mózg mi wyparował i uciekł na Hawaje. Trochę zbyt skomplikowane jak dla mnie. I co twórcy chcieli nam przekazać przez film szósty? Że Azaka to fajna postać? Hahahahahahahahaha, nie.
Właśnie, postacie. WSZYSCY TO PSYCHOPACI. Każdy w jakiś sposób nim jest. Prócz Mikiyi. On to Matka Mikiya z Kalkuty. Co mnie w sumie rozśmieszyło, bo Lio, największy psychopata ever, właśnie tak go nazwał. Matką Teresą. Brechtłam z tego, bo on tak powiedział w siódmym filmie, a ja to stwierdziłam już chyba... Przy drugim? Trzecim? XD
Shiki Ryougi jest chyba bardziej zagubiona, niż psychopatyczna. Lubię ją, mimo, że jest, lekko mówiąc, świrnięta. Mikiya Kokutou... Jak już mówiłam, Matka Teresa z osobowością mokrej skarpety. No i jest stalkerem level master. Ale da się go lubić, w przeciwieństwie do jego wkurzającej siostry, Azaki. CO TO JEST, JA SIĘ PYTAM? JAKAŚ MOE ATOMÓWKA ZAKOCHANA W SWOIM BRACIE. WYJDŹ I NIE WRACAJ. Dalej, Touko Aozaki. Ona jest trochę... Zacznijmy od tego, że wygląda jak żeńska wersja Isshiego w czerwonych włosach. Serio, za dużo porównań w tym anime. Wkurzało mnie trochę to, że ciągle paliła. Papierosy to zło. Ale umiejętności ma naprawdę niezłe, więc jestem pod miłym wrażeniem, jeśli o nią chodzi. Tomoe Enjou... Marchewka. Spairingowałabym go z Mikiyą, bo to druga mokra skarpeta do pary, ale rozwaliłoby mi to moje Mikiya&Shiki OTP. Antagoniści, gińcie. Zwłaszcza Fujino i Araya. A z Corneliusem poproszę do szpitala psychiatrycznego się wybrać. A Lio... Chrzaniony psychofan Shiki, psychopata do potęgi entej zżerający zwłoki i gwałcący wszystko, co się rusza. Dogadałby się z moim jednym OC. To chyba tyle na temat postaci.
Tak więc, jeśli chcecie mieć sieczkę z mózgu, jak zwykle po anime z Type Moon, zapraszam do obejrzenia "Kara no kyoukai".
