Legenda głosi, że gdy Budda opuszczał ziemię, przyszło go pożegnać 12 zwierząt. Każdemu z nich Budda przypisał określony rok. I tak powstał horoskop chiński.
Horoskop chiński jest charakterologiczny, czyli mówiący o charakterze człowieka, a nie o jego przyszłości. W horoskopie chińskim mamy 12 znaków. Tyle że o przynależności do każdego z nich decyduje rok, a nie miesiąc urodzenia. Dla osób urodzonych od 1 stycznia do 20 lutego należy odjąć jeden rok. Dokładna granica zależy od konkretnego roku.
Małpa (1932, 1944, 1956, 1968, 1980, 1992, 2004) - ma głowę pełną pomysłów! Szybko się uczy dzięki wrodzonej inteligencji i nieprzeciętnej pamięci. Nie próbuj jej przechytrzyć, jest sprytna jak mało kto. Prawdziwa z niej czarodziejka - potrafi oczarować niemal każdego. Z opałów ratuje ją poczucie humoru. Dobrze dogaduje się ze Smokiem i Szczurem.
Kogut (1933, 1945, 1957, 1969, 1981, 1993, 2005) - Kogut lubi się wyróżniać. Chadza własnymi drogami. Ma swoje zdanie na każdy temat. Jest szczery i otwarty - czasami aż za bardzo. Jednak za jego niekiedy szorstkim zachowaniem kryje się wielka życzliwość dla innych i prawdziwa chęć niesienia pomocy. Dobrze czuje się z Bawołem, Smokiem i Wężem.
Pies (1934, 1946, 1958, 1970, 1982, 1994, 2006) - niezwykle oddany i troskliwy Pies chętnie pomaga innym i staje w obronie słabszych. Sprawdza się jako przywódca. Jednak trudno jest zdobyć jego zaufanie. Czasem zbyt łatwo ulega namowom innych. Znajdzie wspólny język ze wszystkimi, choć najbliżsi są mu Koń, Tygrys i Zając.
Świnia/dzik (1935, 1947, 1959, 1971, 1983, 1995, 2007) - ogromnie życzliwa, wyrozumiała i ufna Świnia ma wielu przyjaciół. Jest zawsze chętna do niesienia pomocy. Nie chowa urazy, łatwo zapomina o przykrościach, które ją spotkały. Nie znosi kłótni, zwykle wybiera drogę kompromisu. Duże trudności sprawia jej podejmowanie decyzji, ale gdy już się zdecyduje - nie cofa się nigdy. Lubi towarzystwo Zająca i Tygrysa.
Szczur/mysz (1936, 1948, 1960, 1972, 1984, 1996, 2008) - obdarzony jest niezwykłą inteligencją i bujną wyobraźnią. Gdy upatrzy sobie jakiś cel, nie spocznie, póki go nie osiągnie i niech nikt nie próbuje stanąć mu na drodze. Kocha walkę i ryzyko. Życie traktuje jak wielką przygodę pełną wyzwań i niebezpieczeństw. Nie umie dochować tajemnic, lubi plotki. Trzyma ze Smokiem, Bawołem i Małpa.
Bawół/krowa (1937, 1949, 1961, 1973, 1985, 1997, 2009) - najlepiej się czuje w domowym zaciszu. Jest świetnie zorganizowany. Ceni porządek i spokój. W kontaktach z innymi jest nieśmiały i raczej zamknięty w sobie. Nie należy go drażnić, bo rozgniewany potrafi wpaść w prawdziwą furię. W przyjaźni jest stały i wierny, można na nim polegać w każdej sprawie. Znajdzie wspólny język z Kogutem, Szczurem i Wężem.
Tygrys (1938, 1950, 1962, 1974, 1986, 1998, 2010) - to urodzony przywódca. Jest odważny, energiczny, potrafi pociągnąć za sobą innych. Jeżeli coś mu się nie podoba, mówi o tym otwarcie. To prawdziwy buntownik. Czasem zbytnio ryzykuje, choć zwykle szczęście mu sprzyja. Zaprzyjaźni się z Koniem, Świnią lub Smokiem.
Zając/królik (1939, 1951, 1963, 1975, 1987, 1999, 2011) - ma dużą intuicję, częściej kieruje się uczuciami niż zdrowym rozsądkiem. Jest pracowity, uczciwy i skromny. Bardzo towarzyski. Nie znosi zmian. Potrzebuje wygody i poczucia bezpieczeństwa. Jego słabe strony to brak pewności siebie i skłonność do użalania się nad sobą. Bratnie dusze to Koza, Pies i Świnia.
Smok (1940, 1952, 1964, 1976, 1988, 2000, 2012) - jest wszechstronnie uzdolniony. Pewnie kroczy przez życie i zwykle osiąga to, co sobie zaplanował. Wszystko robi dobrze, nawet perfekcyjnie. Bywa zbyt wymagający wobec innych, a przecież każdy ma wady. On także. Jeśli się z kimś pokłóci, pierwszy nie poda ręki. Jest uparty i dumny. Dogaduje się z Małpą, Świnią, Szczurem i Zającem.
Wąż (1941, 1953, 1965, 1977, 1989, 2001, 2013) - wyróżnia się inteligencją i zamiłowaniem do nauki. Najczęściej można go spotkać z książką. Podejmuje tylko przemyślane decyzje. Wąż to prawdziwy elegant. Mimo dużej intuicji, Wąż boi się podejmowania ryzyka, a w sytuacjach trudnych czeka na cudzą pomoc. Znajdzie wspólny język z Bawołem, Kogutem i Świnią.
Koń (1942, 1954, 1966, 1978, 1990, 2002, 2014) - jest zwykle bardzo lubiany. Sam też najlepiej czuje się w dużej grupie. Bardzo pracowity. Ma dużą siłę przebicia. Jest przy tym niezwykle wrażliwy i każde niepowodzenie mocno przeżywa, choć potrafi to ukryć. Nie znajdziesz w nim partnera do plotek, nie znosi kłamstwa i intryg. Dogada się z Tygrysem, Koza i Psem.
Koza/owca (1943, 1955, 1967, 1979, 1991, 2003, 2015) - miła, spokojna i taktowna Koza ujmuje wszystkich swoim wdziękiem. Jest niezwykle wrażliwa, ma duszę artystki i liczne talenty. Rzeczy przyziemne niezbyt ją interesują. Przypisuje wszystkim dobre intencje, co może się stać dla niej przyczyną rozczarowań. Znajdzie wspólny język z Zającem, Koniem i Świnią.
sobota, 28 listopada 2009
poniedziałek, 7 września 2009
Byłam, ale mnie nie było
Dzisiaj źle się poczułam i zostałam w domu. Mama poszła do pracy, a Tata spał. No i wstał, zjadł śniadanie, obejrzał serial i poszedł gdzieś. Stwierdziłam, że może myślał, że śpię i nie chciał mnie budzić. Wstałam, zagrzałam herbatę i poszłam znowu się położyć. Wcześniej zauważyłam, że jedne drzwi nie są zamknięte i zamknęłam je. Tata wrócił, pochodził i znowu wyszedł. I kiedy wrócił na obiad, nie spytał mnie, czy lepiej się czuję czy coś. I po prostu spytałam się go, czy zauważył, że byłam cały czas w domu. A Tata na to "Co?". I się okazało, że myślał, że jestem w szkole. A gdy przepisywałam lekcje, Tata przyszedł i woła "Jest tu kto?". A ja mówię "W moim pokoju". A Tata znowu się zdziwił. Mama przyszła i to samo. No i co? Byłam, czy mnie nie było?
sobota, 5 września 2009
Zły koniec
Jak jeszcze był piękny czas wakacji, zaczęłam czytać jednego fika. Fik mi się strasznie spodobał, czekałam na następne części z zapartym tchem. Za każdą następną częścią śmiałam się coraz głośniej, bo były coraz śmieszniejsze. I nie mogłam się doczekać ostatniej. A potem jeszcze strona zniknęła i bałam się, że nigdy nie dowiem się, jak to się skończyło. Ale strona wróciła, nie wiem czy na szczęście. I dzisiaj Hana mówi mi, że jest ostatnia część. A ja lecę na stronę, czytam... i idę się pociąć. Tak, jeden z bohaterów przyznał się bowiem otwarcie, że jest z kolegą z zespołu i przez to całe PSC ma w tej historii przesrane. I on też, ale ma to w dupie, bo w końcu "zdobył" ukochaną osobę. I czy autorka nie ma czegoś z głową?
piątek, 21 sierpnia 2009
Góry
A teraz "trochę" wam opowiem o moim wyjeździe w góry. Byłam tam z Haną, Babcią i Dziadziusiem.
Dzień I
Wyjechaliśmy o 6:30. Oczywiście nie obyło się bez "przygód". Na początek oparzyłam się herbatą (Nishi wie, co to za ból). Potem nie mogłam "pogodzić się" z toaletą publiczną i musiałam sikać w lesie. Oczywiście nalałam sobie do buta. Jakie to normalne ;). I gdy już myślałam, że nic gorszego nie może się stać, samochód zepsuł się w jakimś zadupiu! Największą atrakcją w tym miejscu były ruiny kościoła żydowskiego, do którego nawet wejść nie można było. Zostawiłyśmy więc Dziadziusia w tym zadupiu z samochodem i misją znalezienia mechanika i pojechałyśmy busikiem do Krakowa. Z Krakowa do Zakopanego, a stamtąd do Bukowiny Tatrzańskiej, gdzie miałyśmy zamówiony nocleg. Hana zapytała się kierowcy, gdzie mamy wysiąść, a ten debil powiedział nam, że "na rondzie". Czemu debil? Bo okazało się, że wysiadłyśmy o dwa przystanki za blisko i musiałyśmy z torbami przez całą Bukowinę lecieć! Ot debil. No więc idziemy i ciągle pytamy się gdzie jest kościół (Pani z pensjonatu podała taki punkt orientacyjny). Jedna pani, jak usłyszała, że kościoła szukamy, to się zdziwiła i zapytała:"A wy o tej godzinie modlić się idziecie?" (było już grubo po 21). No i idziemy dalej, a ja śpiewam sobie jrockowe piosenki, bo bez nich już dawno bym się zatrzymała. A tu idzie kobieta, gdzieś koło 50-tki z brzuchem wylewającym się jej z maksymalnie opuszczonych spodni (majtki jej normalnie wystawały) i łapie się słupka, bo ustać nie może i się pyta: "Jeest tu jeeszczee jakaś dyskoteeka?". My grzecznie odpowiadamy, że nie wiemy, idziemy kilka kroków i wybuchamy śmiechem, bo przecież to było tak śmieszne, że się posikać można było. Gdy w końcu doszliśmy do pensjonatu, opowiedzieliśmy Pani naszą historię, a ona się załamała. Potem zrobiła nam kolację i w końcu poszłyśmy spać.
Dzień II
Wstałyśmy o 8:30 i poszłyśmy na przepyszne śniadanie. Potem łaziłyśmy po Bukowinie, kupiłyśmy kilka książek, dużo kapci, prezent dla Nishi i dwie pluszowe owieczki (Hana się uparła, że muszę kupić parkę. Ja chciałam tylko swoją kolekcję powiększyć. Nie żebym się potem nimi bawiła, po prostu mam takie hobby zbierania pluszaków. Jak jadę do Helu, to sobie foczkę kupuje). Potem pojechałyśmy do Zakopanego busikiem. Były straszne korki, więc pan kierowca krzyknął w pewnym momencie "Trzymać się" i pojechał skrótem. Wiedział, że wszyscy jadą do Zakopanego, bo nie miał w planie trasy zatrzymywania się nigdzie indziej. Ja zamyśliłam się o jrockowcach i nie za bardzo zwracałam uwagę, gdzie i którędy jedziemy. A potem od Hany dowiedziałam się, że jechaliśmy po takich drużkach, że tylko busik się mieścił. W Zakopanem kupiliśmy babuszki (matrioszki), naszyjniki z kanji, flagę Japonii i herbaty o przeróżnych smakach. Ja kupiłam też prezent dla Babci i kazałam Hanie zająć ją czymś, gdy tą czynność wykonywałam. Potem poszliśmy do zajefajnego baru, gdzie na ścianach wisiały gitary elektryczne i akustyczne. Obejrzałam sobie cały bar, a gdy wracałam (bar był naprawdę duży), jedna pani zapytała mnie, czy może w czymś pomóc. Ja odpowiedziałam, że oglądam sobie wystrój, a pani tylko się zdziwiła. Oczywiście zrobiłyśmy sobie z Haną przy tych ścianach zdjęcia. Potem wróciłyśmy do pensjonatu autobusem i wysiadłyśmy już na dobrym przystanku. Zjadłyśmy przepyszny obiad, a niedługo potem przyjechał Dziadziuś. Połaziliśmy jeszcze po Bukowinie i poszliśmy spać.
Dzień III
Początek dnia był taki sam, jak drugiego. Pojechaliśmy do Zakopanego jeszcze raz i poszliśmy na Gubałówkę. Tzn. wjechaliśmy kolejką. Mnie niestety rozbolała tam głowa, więc szybko wróciliśmy. Choć ja i Hana zgodnie stwierdziłyśmy, że to nie jest szczyt, tylko "miasteczko handlu duperelami". Poszliśmy kupić jeszcze prezenty dla Nishi i Ealin i pierścionki zmieniające kolor pod wpływem nastroju właściciela i wróciliśmy do pensjonatu, gdzie zjedliśmy przepyszny obiad. Potem obejrzeliśmy fajny film i poszliśmy spać.
Dzień IV
Wstaliśmy o 7:30 i zjedliśmy pyszne śniadanie, oraz zrobiliśmy sobie kanapki na drogę. Wyjechaliśmy o 10:00, bo Hana i Babcia musiały jeszcze oscypki pokupować. A to dziadostwo, zwane GPS-em, wyprowadziło nas na takie dróżynki leśne, że zaczęłam się zastawiać, jak dawno Akiya swojego GPS-a wywalił przez okno. Na szczęście w końcu jakoś dojechaliśmy do domu i zjedliśmy bunc, a potem poszliśmy spać.
Dzień I
Wyjechaliśmy o 6:30. Oczywiście nie obyło się bez "przygód". Na początek oparzyłam się herbatą (Nishi wie, co to za ból). Potem nie mogłam "pogodzić się" z toaletą publiczną i musiałam sikać w lesie. Oczywiście nalałam sobie do buta. Jakie to normalne ;). I gdy już myślałam, że nic gorszego nie może się stać, samochód zepsuł się w jakimś zadupiu! Największą atrakcją w tym miejscu były ruiny kościoła żydowskiego, do którego nawet wejść nie można było. Zostawiłyśmy więc Dziadziusia w tym zadupiu z samochodem i misją znalezienia mechanika i pojechałyśmy busikiem do Krakowa. Z Krakowa do Zakopanego, a stamtąd do Bukowiny Tatrzańskiej, gdzie miałyśmy zamówiony nocleg. Hana zapytała się kierowcy, gdzie mamy wysiąść, a ten debil powiedział nam, że "na rondzie". Czemu debil? Bo okazało się, że wysiadłyśmy o dwa przystanki za blisko i musiałyśmy z torbami przez całą Bukowinę lecieć! Ot debil. No więc idziemy i ciągle pytamy się gdzie jest kościół (Pani z pensjonatu podała taki punkt orientacyjny). Jedna pani, jak usłyszała, że kościoła szukamy, to się zdziwiła i zapytała:"A wy o tej godzinie modlić się idziecie?" (było już grubo po 21). No i idziemy dalej, a ja śpiewam sobie jrockowe piosenki, bo bez nich już dawno bym się zatrzymała. A tu idzie kobieta, gdzieś koło 50-tki z brzuchem wylewającym się jej z maksymalnie opuszczonych spodni (majtki jej normalnie wystawały) i łapie się słupka, bo ustać nie może i się pyta: "Jeest tu jeeszczee jakaś dyskoteeka?". My grzecznie odpowiadamy, że nie wiemy, idziemy kilka kroków i wybuchamy śmiechem, bo przecież to było tak śmieszne, że się posikać można było. Gdy w końcu doszliśmy do pensjonatu, opowiedzieliśmy Pani naszą historię, a ona się załamała. Potem zrobiła nam kolację i w końcu poszłyśmy spać.
Dzień II
Wstałyśmy o 8:30 i poszłyśmy na przepyszne śniadanie. Potem łaziłyśmy po Bukowinie, kupiłyśmy kilka książek, dużo kapci, prezent dla Nishi i dwie pluszowe owieczki (Hana się uparła, że muszę kupić parkę. Ja chciałam tylko swoją kolekcję powiększyć. Nie żebym się potem nimi bawiła, po prostu mam takie hobby zbierania pluszaków. Jak jadę do Helu, to sobie foczkę kupuje). Potem pojechałyśmy do Zakopanego busikiem. Były straszne korki, więc pan kierowca krzyknął w pewnym momencie "Trzymać się" i pojechał skrótem. Wiedział, że wszyscy jadą do Zakopanego, bo nie miał w planie trasy zatrzymywania się nigdzie indziej. Ja zamyśliłam się o jrockowcach i nie za bardzo zwracałam uwagę, gdzie i którędy jedziemy. A potem od Hany dowiedziałam się, że jechaliśmy po takich drużkach, że tylko busik się mieścił. W Zakopanem kupiliśmy babuszki (matrioszki), naszyjniki z kanji, flagę Japonii i herbaty o przeróżnych smakach. Ja kupiłam też prezent dla Babci i kazałam Hanie zająć ją czymś, gdy tą czynność wykonywałam. Potem poszliśmy do zajefajnego baru, gdzie na ścianach wisiały gitary elektryczne i akustyczne. Obejrzałam sobie cały bar, a gdy wracałam (bar był naprawdę duży), jedna pani zapytała mnie, czy może w czymś pomóc. Ja odpowiedziałam, że oglądam sobie wystrój, a pani tylko się zdziwiła. Oczywiście zrobiłyśmy sobie z Haną przy tych ścianach zdjęcia. Potem wróciłyśmy do pensjonatu autobusem i wysiadłyśmy już na dobrym przystanku. Zjadłyśmy przepyszny obiad, a niedługo potem przyjechał Dziadziuś. Połaziliśmy jeszcze po Bukowinie i poszliśmy spać.
Dzień III
Początek dnia był taki sam, jak drugiego. Pojechaliśmy do Zakopanego jeszcze raz i poszliśmy na Gubałówkę. Tzn. wjechaliśmy kolejką. Mnie niestety rozbolała tam głowa, więc szybko wróciliśmy. Choć ja i Hana zgodnie stwierdziłyśmy, że to nie jest szczyt, tylko "miasteczko handlu duperelami". Poszliśmy kupić jeszcze prezenty dla Nishi i Ealin i pierścionki zmieniające kolor pod wpływem nastroju właściciela i wróciliśmy do pensjonatu, gdzie zjedliśmy przepyszny obiad. Potem obejrzeliśmy fajny film i poszliśmy spać.
Dzień IV
Wstaliśmy o 7:30 i zjedliśmy pyszne śniadanie, oraz zrobiliśmy sobie kanapki na drogę. Wyjechaliśmy o 10:00, bo Hana i Babcia musiały jeszcze oscypki pokupować. A to dziadostwo, zwane GPS-em, wyprowadziło nas na takie dróżynki leśne, że zaczęłam się zastawiać, jak dawno Akiya swojego GPS-a wywalił przez okno. Na szczęście w końcu jakoś dojechaliśmy do domu i zjedliśmy bunc, a potem poszliśmy spać.
piątek, 14 sierpnia 2009
Hello
Hej. Właśnie Hana zmusiła mnie do założenia tego bloga. Ciągle mi powtarzała, jakie to fajne itd. itp. Więc w końcu uległam. I będę tu zamieszczać wszystko, co wpadnie mi do głowy. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)