Pozostaję w niemym szoku od poniedziałku.
Wyobraźcie sobie, że ktoś, kto ma 26 lat, kogo znacie od 10 lat, skacze z balkonu przez głupią zazdrość do dziewczyny. W jego domu przebywają w tym momencie jego rodzice i jego dziewczyna, na całe szczęście córka tej dziewczyny jest nieobecna. Jego ojciec widzi ostatni moment kończącego się życia.
Nie rozumiem, jak coś takiego można zrobić rodzicom, ukochanej, rodzinie, przyjaciołom, znajomym.
Idziesz na cmentarz, widzisz płaczącą matkę. Ona przytula się do ciebie i płacze ci w ramię, szepcąc twoje imię. Chociaż nie masz żadnego szacunku do samobójców i sądzisz, że nie powinno się po nich płakać, zaczynasz ryczeć jak małe dziecko, bo osoba, na której ci zależy, przeżywa najgorszy ból na świecie.
Bólu po stracie dziecka nie można porównać do żadnego innego bólu fizycznego czy psychicznego. Nawet ból po stracie ukochanej/ukochanego nie jest tak wielki.
Nie potrafię sobie wyobrazić, co musi czuć w tym momencie Pani Ewa. Jej mina, płacz, szloch, sposób, w jaki wymówiła moje imię, gdy mnie zobaczyła. Boże, Marek, coś ty zrobił własnej matce? Pan Andrzej też płakał. 190 cm, albo więcej, wzrostu, kawał chłopa, a płakał. To... To było takie... Przerażające.
Ilość ludzi na pogrzebie. Rodzina, przyjaciele, sąsiedzi, znajomi ze szkoły, pracy, klubu piłkarskiego. Wszyscy zadawali jedno pytanie.
Dlaczego?
Przecież to można było załatwić inaczej. Przecież mógł wrócić z rodzicami do domu, tak jak powiedział. Przecież nie musiał rozbijać swoim rodzicom serc na kawałki!
Pani Ewa widzi balkon, z którego Marek skoczył, ze swojego okna. Codziennie, dzień w dzień, będzie teraz patrzyła na miejsce śmierci swojego syna. Syna, który sam sobie tę śmierć wybrał.