czwartek, 2 sierpnia 2012

Coś odkryłam

Kiedy żyjesz sobie spokojnie i codziennie, co tydzień, co jakiś czas spotykasz człowieka, to się do niego przyzwyczajasz i zauważasz jego brak w twoim życiu, gdy umrze. Znika bezpowrotnie, bo już nigdy tutaj go nie spotkamy, jedynie po śmierci będziemy mogli go zobaczyć. Jest nam wtedy głupio powiedzieć o nim coś złego, zjechać go z góry na dół i śmiać się z jego wpadek. Jednakże...

Jeśli między jednym a drugim spotkaniem mija duża ilość czasu, to dziwne uczucie występuje raczej rzadko. Brak tej osoby jest słabo wyczuwalny i dopiero, jak coś ci się przypomni, to robi ci się strasznie smutno i ogarnia cię nostalgia.

A co, jeśli nie znasz zupełnie tego człowieka? Bo choć go kochasz, podziwiasz i ogólnie życie, którego on nie posiada, oddałbyś za niego, to on nie wie o twoim istnieniu? Powiem ci, co wtedy. Nic. Choć wiesz, że już go nie ma, choć jesteś przybity i wpadasz w depresję za każdym razem, kiedy sobie przypomnisz, że umarł, nie żyje i nie wróci, to nadal będziesz traktować go tak, jakby nadal żył i lada moment miałbyś zobaczyć jego najnowsze zdjęcie na ekranie komputera.

Czy takie zachowanie jest dobre? Nie wiem, ale na pewno lepsze od siedzenia przy laptopie i braku zwracania uwagi na to, co dzieje się wokół tylko dlatego, że ktoś, kogo nawet nie jesteś pewny prawdziwego imienia, odszedł stąd do lepszego świata.

A ta cała moja paplanina od rzeczy została spowodowana zobaczeniem zdjęcia pewnego jrockowca z czasów, kiedy był w moim wieku. Hana może potwierdzić, że popłakałam się... ze śmiechu.

A teraz przepraszam, ale muszę zebrać gruz z mojej podłogi, bo od rana trochę cegieł się na niej rozbiło.