Znowu siedzę na infie i znowu się nudzę. I znowu nie mogę dać tytułu.
Wiecie co? Ludzie są dziwni. Życie jest jedną wielką tajemnicą.
Jest człowiek. Niby go znasz. Niby wiesz o nim wszystko. Niby mogłabyś/mógłbyś opowiedzieć jemu samemu historię jego życia.
Ale tak naprawdę nic nie wiesz. Wchodzisz na bloga i czytasz takie rzeczy, że masz ochotę wstać, rzucić krzesłem w laptop/komputer tak, żeby wypadł przez okno, a potem samemu skoczyć za nim albo uciec z krzykiem do szafy i bujać się jak dziecko z chorobą sierocą.
Tracisz zaufanie. Silna, mocna lina staje się wątła. Odnawiasz ją, ale dostajesz tylko szczątkowe odpowiedzi. Rozmawiasz, ale tego człowieka nie ma przy Tobie myślami. Jest gdzieś indziej, daleko. Dlaczego? Czy ty przestałeś już istnieć? Jeśli czegoś nie zrobicie, lina się zerwie. I tyle z waszej przyjaźni.
Tak naprawdę nie znasz nikogo. Nie wiesz, co możesz, a czego nie możesz zrobić, by go nie urazić. Po jakimś czasie zaczynasz mieć wrażenie, że ten człowiek cię kontroluje. Masz mówić to, co on chce, myśleć tak, jak on chce, robić to, co on chce. Nie możesz się przyczepić czy obronić. Nic nie możesz.
I nagle więź, nić, ta lina, która was wiązała pęka i zostają z niej strzępy. Choć na siłę próbujesz ją przytrzymać, sklejać, wiązać, ona wciąż się rwie i kruszy. W końcu zostawiasz ją i idziesz w drugą stronę. Może ten człowiek spróbuje choć raz pierwszy podnieść linę? Przecież zawsze to ty przepraszasz.
Zostajesz sam. Siedzisz na gadu - gadu i patrzysz na listę kontaktów, ale osoby, na których najbardziej Ci zależało, są nieobecne z ich winy lub Twojej. Nawet jeśli byłyby dostępne, miałbyś z nimi o czym rozmawiać? Chciałbyś znowu dostać ochrzan albo odpowiedź typu "mhm"? Też masz wrażenie, że "Aha" jest mniej wkurzające? No właśnie.
I potem siedzisz na infie i piszesz posta, przez którego najbardziej na świecie kochająca Cię osoba znowu się zdołuje.