sobota, 17 czerwca 2017

Sayonara, watashi no Shugo Tenshi

Miałam 13 lat, pstro w głowie i obsesję na punkcie Hyde'a. Wtedy polubiłam Akiyę. Pociesznego, pyzatego gitarzystę Kagrry,, bardzo utalentowanego, jak się później okazało. To on w jakiś dziwny, nieodgadniony do dzisiaj przeze mnie sposób samym faktem, że żyje, wyjaśnił mi, że to, co odwala się w moim mózgu, nie jest dobre. Że mam przestać planować ślub z Hydem, a zamordowanie Megumi w ogóle nie wchodzi w grę. I w taki sposób, jak miałam lat już 14, to mogłam z czystym sumieniem powiedzieć, że Akiya jest moim numerem 1 wśród ulubieńców.

Ilość uniwersów, do których wpakowałam tego biednego gitarzystę, jest naprawdę bardzo duża. Dawał mi wenę, pisałam z nim fanfiki i opowiadania jak nakręcona, uwielbiałam jego oczy, jego uśmiech, jego naturę. Bohaterowie tworzeni na jego podstawie byli zawsze uparci, lekko złośliwi, nie dali sobą pomiatać, to oni często okręcali innych wokół palca, ale gdy przychodziły jakieś trudne chwile, wypłakiwali się postaciom wymyślonym na wzór Tory w ramię. Byli słabi psychicznie, ale udawali twardych, by jakoś przetrwać. Jak ja.

Pierwsze "ale" nastąpiło w sumie w momencie, kiedy stwierdziłam, że ToraAki (Tora&Akiya) nie jest moim ulubionym pairingiem. Ale to było dawno, w 2012 roku, wtedy jeszcze nie miałam żadnego kryzysu z Akiyą. Po prostu ToraAki przestało mnie ruszać tak bardzo, jak robiło to IsshiNao i tyle.

Drugie "ale" było wtedy, kiedy Soan ogłosił w 2014 roku, że odchodzi z Morana. Tak się tym wtedy przejęłam, że zaczęłam wątpić, czy aby na pewno to Akiya jest moim numerem 1 i czy przypadkiem Soan go nie zastąpił.

Trzecie "ale" przeżyłam przy informacji, że Soan jednak do końca ze sceny nie schodzi, po prostu potrzebował solidnej przerwy.

I nadszedł rok 2016, kiedy porządnie wzięłam się za rysowanie. I wtedy powoli, powoli zaczęłam zdawać sobie z czegoś sprawę.

To nie Akiya w 2014 roku po tym, jak podrapałam sobie rękę do krwi, zawołał w moim umyśle "Co ty wyprawiasz?! Chcesz się poddać przez tę dziewuchę?! Przestań!". To nie Akiya przy poprawce z filozofii kazał mi wziąć się garść, bo on przecież się nie poddał. To nie Akiya wykopał mnie do psychologa, zjawiając się przed moimi oczami, kiedy słuchałam "Focus" Vidolla. To nie Akiyę rysuję zawzięcie w moim skoroszycie, to nie Akiyę mi się fenomenalnie naśladuje w improwizowanych scenkach z Kann, to nie za Akiyę przebrałam się na Pyrkon i to nie z punktu widzenia Akiyi pisze mi się tak lekko i swobodnie, że mogłabym to robić cały czas.

Ani Soan.

Tylko Chisa.

Jestem słaba psychicznie, ale już nie udaję. Nie ma po co. I bohaterowie tworzeni na podstawie Chisy też nie. Te postacie na wzór Soana są bardziej podobne do tych na wzór Akiyi.

A Akiya? Od sześciu lat czekam na jego powrót i raczej się już nie doczekam. Zniknął razem z płatkami wiśni, które opadły po rozpadzie Kagrry, i śmierci Isshiego. Więc myślę, że czas się pożegnać.

It's farewell, dear Akiya Kazuhiro. You were my Guardian Angel for eight years. And now it's time to shine for Luminous Wizard.

Sayonara, watashi no Shugo Tenshi.