Kiedy w końcu P(oczekaj)K(iedyś)P(rzyjedziemy) przywiozło mnie z 90 min opóźnieniem, stanęłam na dworcu w Krakowie obwieszona pakunkami. Po kilku minutach zaczęłam pisać smsa do Kann, która pojawiła się pół minuty później z nieśmiałym uśmiechem na twarzy. Obok niej pojawił się jej tata.
Pan Tata: Dzień dobry, jestem tatą Kann.
Ja: Adawinry Kurineko, miło mi.
Później Pan Tata poszedł po jakiegoś kolegę, a my dostałyśmy misję powrotu do domu autobusem. Wyglądało to mniej więcej tak, że ja mówiłam, a Kann kiwała głową i się uśmiechała.
Wyszłyśmy z galerii. Kann dostała smsa. Odpisywała na niego. Na jej drodze stał słup.
Ja: *w myślach* *10 metrów przed słupem* Ona widzi ten słup. *5 metrów przed słupem* Widzi, prawda? *metr przed słupem* Prawda?! *10 centymetrów przed słupem łapie Kann za ramiona i ratuje ją przed spotkaniem pierwszego stopnia ze słupem*
Kann: Co?
Ja: Słup.
Kann: A, dzięki.
Drzwi od mieszkania otworzyła nam Murećka, młodsza siostra Kann, z Larą u boku. Lara jest to duży... Wait, nope. Lara jest największym psem, jakiego widziałam i jednocześnie najspokojniejszym i najleniwszym. I umie pukać do drzwi.
Prócz tego dziewczyny mają też sześć świnek morskich. Edek najpierw każe się głaskać, a potem mnie gryzie, Felek i Franio niby mnie lubią, Józia i Stefcia raczej nie, a chyba jedyną świnką, która naprawdę mnie polubiła, była Lesia. :)
Fakt faktem, później spotkałam mamę dziewczyn.
Ja: Adawinry Kurineko, miło mi.
Pani Mama: Violka.
Tu miałam wtf? na twarzy. Ale spoko, każdy przedstawia się, jak lubi.
Prócz tego poznałam babcię dziewczyn i ich przyjaciółkę (Gabrysia, pozdrawiam cię!).
Spałam na śpiworze i kołdrze. Nogi miałam pod stołem, ale co tam.
Kann otworzyła się następnego dnia, gdy zaczęłyśmy rozmawiać o Shou i ogólnie o Alisu. Dzięki Hide!
Przekonałam ją do wielu zespołów, ona mnie do ani jednego. Wybredna jestem chyba.
Pani Mama robi świetnego kurczaka z ryżem. Mniam po prostu. Mniam.
Ja kontra Pani Babcia:
Pani Babcia: Chcesz coś jeść?
Ja: Nie.
P.B.: *wymienia menu lodówki* To co, zrobić ci coś?
Ja: *po raz 30 przeprowadzając podobną konwersację* Proszę pani, jestem pełnoletnia, jak będę coś chciała, to sama sobie zrobię.
P.B.: O_O *wychodzi z pokoju*
Pan Tata: *zaciesz na twarzy, kciuk podniesiony w górę*
Ja: Like a boss.
Wysłałam Nishi, Yami i Janette pocztówki. I kupiłam sześciokolorowy długopis. XD
Ja i Kann: *śmiejemy się*
Murećka: Boże, wy się nawet tak samo śmiejecie. Weźcie mi dajcie znać, kiedy dzwonić.
Hello, my clone...
Wracałyśmy z dworca. W deszczu. Po tym, jak wysiadłyśmy przystanek dalej, bo drzwi się nie otworzyły. Na środku drogi stało coś czarnego.
Kot?
Pies?
KOBRA?
Nie.
Kalosz.
Wpadłyśmy w taką głupawkę, że mało nie przewróciłyśmy się ze śmiechu na chodnik. Jak można nie zauważyć, że zgubiło się but? XD
Wiecie, że ze słyszenia "mąka, mąka" w "Affection" powstaje pełno wersji wizji Shou w fartuszku i facepalmującego Sagi?
Wiecie, że można mieć ubaw ze ścielenia łóżka i leżenia pod stołem?
Wiecie, że świnki morskie mogą oglądać z wami koncert?
Wiecie, że w Hirołsach możecie stworzyć sobie derpa, który będzie wam przesyłał kasę?
W sumie trudno to tak wszystko opisać. Dużo żartów było sytuacyjnych, dużo wynikało tylko z głupawki.
Chciałabym tam wrócić. Dziewczyny pewnie nadal nie śpią. Pogadałabym z nimi. Pośmiałabym się. A tak u mnie już wszyscy lulają. I towarzyszy mi tylko cisza przerywana chrapaniem kota i muzyką. Chyba powinnam chodzić szybciej spać.
Ciekawe, kiedy tam wrócę.
Chcę jutro.
Dzisiaj.
Za godzinę.
Już.
Tak bardzo.