Mam głupią potrzebę bycia szczęśliwą.
Śmieszne, prawda?
Przecież niby jestem szczęśliwa. Niby to wszystko, co mnie otacza, daje mi to głupie szczęście.
Problem polega na tym, że chciałabym się nim z kimś podzielić.
To tak trudno zrozumieć? To, że chcę mieć do kogo się przytulać, do kogo wysyłać wiadomości o treści "Dzień dobry" i "Dobranoc"? Komu będę mogła powiedzieć "Kocham cię?" Kto nie jest moim przyjacielem/przyjaciółką ani nie jest z mojej rodziny?
Tęsknię za czymś, czego nigdy tak naprawdę nie miałam. Czasem mam wrażenie, że to dla mnie nieosiągalne. Bo nie jestem piękna, bo mam trudny charakter, bo wolę kupić sobie czekoladę od tony kosmetyków. Lubię jeść. Lubię słuchać "dziwnej" muzyki. Lubię być sobą, a jestem kompletną wariatką i to pewnie ludzi tak ode mnie odrzuca. Czasem mam wrażenie, że ludzie naprawdę potrafią mnie lubić, nie lubić i nienawidzić, a o kochaniu nie ma mowy. No chyba, że to ktoś z mojej rodziny.
Ostatnio się dowiedziałam, że Rei starała się o mnie trzy miesiące. A zerwała ze mną po tygodniu. Jaki w tym sens? I dlaczego niby mnie pokochała?
Ludzie się dziwią, że ja się do wszystkich tulę. Ledwo go poznam, a ja już się przyklejam. Wiecie, dlaczego tak robię?
Bo lubię czuć ciepło ciała drugiego człowieka. Bo lubię słyszeć, jak bije mu serce. Bo czuję się wtedy dziwnie bezpieczna. Bo nie czuję się samotna.
A wiecie, dlaczego piszę tyle fików?
Właśnie dlatego. Dlatego, że sama pragnę, by ktoś pokochał mnie tak, jak kochają siebie jrockowcy w moich opowiadaniach.
Głupia potrzeba małej, szarej myszki.
Tak łatwo, a jednocześnie tak trudno osiągalna.