"Graban to złoty człowiek i mógłby mi nawet półtorej godziny opowiadać o fizyce kwantowej" - napisałam na Twitterze, zastanawiając się w zeszłym semestrze, czy iść na jego przedmiot czy na przedmiot, który mnie interesuje.
Ostatecznie, po pójściu do koordynatora USOSa, skończyłam na jego wykładzie.
I nie żałuję tego ani trochę, bo to był ostatni wykład monograficzny, ostatni przedmiot, na którym mogłam go zobaczyć.
Dr Graban nie żyje. Zmarł wczoraj, w wieku 43 lat, po długiej walce z chorobą. Z tego, co zrozumiałam, jeszcze w piątek był w pracy.
Miałam z nim trzy przedmioty. Wszystkie miło wspominam. To był jeden z niewielu wykładowców na tej uczelni, którym się chciało zrozumieć studenta. Który przesyłał niedostępne w bibliotece teksty, który swoje wykłady prowadził z pasją. Zawsze się uśmiechał i pożartował.
Pamiętam, jak raz spóźniłam się dwadzieścia minut, albo dłużej, przez korki. Zrozumiał. Przyznał, że zna to z autopsji. Że odwożąc syna do szkoły, też spotyka się z takimi sytuacjami. Nawet mnie nie skrytykował, choć miałam wtedy prezentację.
Jedyne, czego żałuję, to to, że nie będę mogła jeszcze raz wysłuchać jego anegdotek, zawsze idealnie dobranych do tematu.
I nawet nie mogę powiedzieć, że wybielam go po śmierci. Bo on za życia był biały, a wręcz, jak go nazwałam te kilka miesięcy temu, złoty.
A najgorsza pozostaje ta świadomość gdzieś tam z tyłu głowy, że już nigdy nie zobaczę, jak skocznym krokiem idzie w stronę sali wykładowej. I że już nigdy nie powiem mu na korytarzu "dzień dobry", bo jedyne, co mi pozostało, to po raz ostatni powiedzieć "do widzenia".
Mam nadzieję, że spotkamy się w przyszłym wcieleniu. Wtedy znów będę mogła się z Panem przywitać, Szanowny Panie Doktorze.