Pewnego pięknego dnia, a miałam wtedy lat osiem, zauważyłam, że ludzie mają irytującą skłonność do faworyzacji. Moja Ciotka wróciła ze swoimi dziećmi znad morza. Jej córka, która była starsza, przyszła do mnie i razem płakałyśmy, gdy wszystkie nasze ciotki i dziadkowie poszli zachwycać się jej małym bratem. Jedynie moi rodzice przywitali się z Ciotką, a potem oboje wrócili, choć Mama przyszła szybciej (Ciotka to siostra Taty, więc nie mam mu za złe, że chciał sobie z nią pogadać). A my siedziałyśmy same, bo już wszyscy o nas zapomnieli.
To wspomnienie odtwarza mi się na zapętleniu za każdym razem, gdy słyszę słowo "faworyzacja", tudzież jak spotykam się z nią po raz kolejny w moim lub czyimś przypadku.
Zacznę może od Kultu Najmłodszego Dziecka, który panuje w rodzinie mojego Taty. W czasach PRL-u w pewnym momencie wszystko było na kartki. Dziadek dostawał trzy kartki na gorzką czekoladę i trzy kartki na mleczną. Mój Tata, moja Chrzestna i ich młodsza siostra dostawali po jednej gorzkiej, tymczasem ich najmłodsza siostrzyczka dostawała trzy mleczne. Bo była najmłodsza i to była cała jej zasługa. Babcia jednak nadal kontynuuje tradycję olewania starszych dzieci, jak także i wnuków. Nigdy nie okazała mi więcej czułości niż przytulenie, gdy przyjeżdżałam i gdy wyjeżdżałam. A pewną historię opisała mi druga po mnie kuzynka, którą jest Nishi, tak szczerze mówiąc.
Byli w sklepie całą czwórką. Rozrabiaka, jej młodszy brat, spytał Babci, czy mógłby czekoladę. Ta odwarknęła mu, że nie i że w domu mają czekolady, a ona nie będzie wydawać kasy na ich zachcianki. Tymczasem nasza najmłodsza kuzynka, Mała, wrzuciła kilka paczek żelków do koszyka nawet nie pytając o zgodę, a Babcia na to w ogóle nie zareagowała. Gdy wrócili do domu, dała Nishi, Rozrabiace i Krystkowi czekolady wyciągnięte z lodówki. Krystek spytał, czy one przypadkiem nie są ze Świąt, na co Babcia odpowiedziała, że tak, ale przecież nie mogą się zmarnować. Co z tego, że leżały w tej lodówce kilka miesięcy?
Kiedyś zwróciłam dziadkom uwagę, że tak nie można. Babcia na mnie naskoczyła, że jestem zazdrosna i zachowuję się bezczelnie, bo Mała jest najmłodsza i trzeba poświęcać jej więcej uwagi i mam to uszanować jako ta najstarsza. Choć miałam 13 lat, popłakałam się i uciekłam do łazienki. Dziadek przyszedł i mnie przeprosił, ale nie dlatego, że było mu przykro, iż oboje praktykują ten Kult Najmłodszego Dziecka. On tylko chciał, żebym przestała ryczeć. Nawet mnie nie przytulił.
Swoją drogą, Mała miała wtedy roczek, a teraz ma dziesięć lat, a oni nadal ją traktują tak samo, jakby była malutka...
Drugą kategorią jest Kult Najstarszego Dziecka obecny w rodzinie cioci Manahime. Manahime mi opowiadała, że na pierwszych urodzinach jej kuzynki (nazwijmy ją Mysza), wszystko robiła za nią jej starsza kuzynka (nazwijmy ją Rosiczka). Bo to ona jest najstarsza. Nieważne, że to było święto Myszy, że to na niej powinni się skupić. Nie. Nawet jej własna mama zwracała uwagę tylko na Rosiczkę, która biegała jak królowa i ustawiała sobie wszystkich po swojemu. Bo było jej wolno, bo była najstarsza. I tyle, nic więcej nie potrafiła. A jak jakiś czas później ugryzła Myszę w rękę do krwi, to jej matka stwierdziła, że ona ma taki okres i to normalne. Normalne to jest u rocznego dziecka, któremu ząbki wychodzą, a nie u prawie trzylatki! I nie do krwi, na wszystkich bogów japońskich...
I trzecia kategoria - Kult Ulubionego Dziecka. Nie wiadomo, dlaczego jest ulubionym. Po prostu jest. I może nawet wpaść w wieku siedemnastu lat i mieć bachora, który w wieku lat czterech nadal o wszystko prosi krzykiem i wali głową w szybę, ale i tak pozostaje ulubionym dzieckiem. Serdecznie nie pozdrawiam kuzynki Kann, jej pomiotu i babci Kann, która tę kuzynkę faworyzuje.
Aczkolwiek zauważyłam, że faworyzacja jest spotykana nie tylko w rodzinie. Czasem zdarza się też w szkole. Np. moja wuefistka z podstawówki strasznie faworyzowała osoby sprawne fizycznie, moja wychowawczyni z liceum miała fioła na punkcie uczniów z wysoką frekwencją. Szło to też w drugim kierunku, bo wuefistka gnębiła osoby słabe fizycznie (w tym mnie i moją koleżankę, która miała astmę wysiłkową i nie mogła wykonywać ćwiczeń w takim czasie jak my), a wychowawczyni z liceum stawiała na równi wagarowiczów i osoby chorowite.
I znam też kilka przypadków, gdzie taka sytuacja ma miejsce wśród... Przyjaciół. Że jedną przyjaciółkę lubi się bardziej od drugiej. Dla jednej można skoczyć w ogień, a z drugą co najwyżej wypić kawę przy dobrym cieście.
Rozpisałam się, ale ten temat już serio działa mi na nerwy. Czy ludzie choć raz nie mogą potraktować bliskich mu podobno osób na równi?