niedziela, 30 sierpnia 2015

Recenzja "Ginga no oto" Alice Nine

Jeśli Alice Nine zwiało z PSC i narobiło sobie tyle szkód tylko po to, by wydać tę płytę, którą przed chwilą przesłuchałam, to ja nie rozumiem, o co tyle zachodu. Żadnej rewolucji, powiem więcej - przy "Alphie", "Supernovej" czy "9" to nawet nie stało. Bliżej jest tej płycie do "Gemini", niż do jakiegokolwiek innego wydawnictwa Alisu. Ostatni raz wynudziłam się tak chyba przy "Gangsta" Sadie. Jedyne, co mi ta płyta dała, to znak, że dobrze zrobiłam, zrzucając Alisu z trzeciego miejsca i wrzucając tam DIV.
Ta płyta absolutnie nic nowego nie wnosi.
To nie jest "Dystopia" THE KIDDIE, która to płyta przyprawiła mnie o dreszcze i zmarznięcie dłoni z emocji.
To nie jest "Secret" Daivu, które jest kolejną perełką w małym dorobku tego młodego zespołu.
To jest po prostu kolejne wydawnictwo Alisu, gdzie nie wiem, co się dzieje.
PV do "Phoenix" to dno. Shou w masce, którą nie wiadomo po cholerę założył na swoją piękną twarz, jakieś komputerowe efekty z księżyca i super ekstra masakryczny feniks, który porusza się jak gif zrobiony na lekcji informatyki przez gimnazjalistę.
PV do "Spiegel" jest świetne, ale jak przesłuchałam ten utwór bez obrazka, to nie ma w nim nic, nic nowego, taka o sobie pioseneczka.
Potem jest "Doukeshi". Ten utwór to darcie ryja połączone z elektroniką.
W "Ryuseigun" mamy odgrzewane kotlety z "+-", bardzo dobrej piosenki zresztą.
Potem jest "Freesia no sakubasho", która RATUJE HONOR TEJ PŁYTY, ale i tak to nie jest coś, co bym serduszknęła.
"Judan" to odgrzewana "Tsubasa".
A całość kończy instrumental "Pray". Jak zazwyczaj lubię instrumentale, to tego nie zdzierżyłam w ogóle.
Także no. Człowiek oczekiwał rewolucji, bardziej visualowego, rockowego grania, a dostał dużo elektroniki, popu i trochę darcia ryja i rapsów.
A teraz wybaczcie, idę szukać dobrej kryjówki przed Numberami, które mnie chyba zjedzą za tę recenzję. XD