AWS zdominowało podsumowanie zeszłego roku. Jest pierwszym zespołem niejapońskim, o którym pomyślałam, że mógłby wbić się nawet do top 10. A Ors ma tak dobry głos, że umieściłam go na 7 miejscu w rankingu wokalistów.
Tyle, że powinnam napisać "miał". Bo świat znowu postanowił mi udowodnić, jak bardzo jest podły.
Minął ponad miesiąc, odkąd to wiem.
Wiem, że Ors nie żyje. Wiem to.
Ale problem jest taki, że gdy miałam 16 lat, zmarł Isshi. Isshi, 33-letni wokalista. Nic nie zmieni faktu, że byłam wtedy dzieciakiem i nawet, jeśli wiedziałam, iż 33 lata to nie jest dużo, to i tak między nami było 17 lat różnicy. Więcej, niż ja sama miałam.
Czym są 3 lata różnicy między mną i Orsem?
Niczym.
3 lata to mgnienie oka. 3 lata to mniej, niż różnica wieku między mną i moją najlepszą przyjaciółką. Za 3 lata, które pewnie miną szybko i bez powrotu, sama będę miała 29 lat.
3 lata temu on też miał 26 lat. 3 lata temu nie podejrzewał, że umrze. 3 lata temu ekscytował się Eurowizją i przygotowywał utwór, o ironio, opowiadający o przedwczesnej śmierci jego taty.
I co?
I teraz sam jest martwy.
A ja po raz pierwszy nie umiem słuchać zespołu. Kiedy Isshi zmarł, włączyłam Kagrrę, dzień później. Poczułam delikatne ukłucie w sercu, ale to wszystko. Było przez chwilę, minęło i nie wróciło.
A teraz na samą myśl o tym, że miałabym słuchać AWS, coś mnie boli. Coś mnie dusi w środku. Jak gdyby brakowało mi tchu.
Uwielbiam jedną z ich płyt. Uwielbiam "Nem faj", które jest na tej płycie. "To nie boli". Takie jest tłumaczenie tego tytułu.
Ors zmarł na białaczkę. Rak boli.
Ten tępy ból w środku, który czuję od ponad miesiąca, nie zniknął jak śnieg na koniec zimy.
Ten tytuł to bzdura.
Boli.
Cholernie.