Boję się ciemności. Panicznie. Od dzieciństwa przeraża mnie fakt, że coś się w niej może kryć. Coś złego, co za chwilę zakończy moje marne życie.
Nyktofobia to ciekawy strach. Strach, który sprawia, że znajomi się z ciebie śmieją, bo przecież to dziecinne. Tylko małe dzieci krzyczą, gdy nagle zgaśnie światło. Tylko małe dzieci zamierają w bezruchu, gdy stają przed ciemnym korytarzem. Tylko małe dzieci boją się zejść ze schodów, jeśli na dole jest ciemno. Strach, który sprawia, że dłonią dotykasz płynnej ciemności, która napełnia twoje żyły lodowatą wodą.
A z drugiej strony, wolę noc od dnia. Ta sama płynna ciemność, która wlewa w moje serce przerażenie, w mojej głowie stwarza obrazy, które mogę uwiecznić, opisując je w opowiadaniach.
Nyktofobia połączona z nyktofilią. Biel z czernią. Ciemność ze światłem. Woda z ogniem. Szczęście ze smutkiem.
Paradoks za paradoksem, jak przez całe moje życie. Paradoks nienawiści do ciemności i miłości do nocy. Niepokój i zaufanie.
Pisząc tego posta, zastanawiam się nad jednym. Czy w jakimś sensie mała ja nie miała racji? Czy światła widziane w ciemnym oknie nie były poniekąd naprawdę oczami demonów? W końcu światła te biły z okien sąsiadów. A kim są tak naprawdę ludzie, jak nie demonami?
Widziałam kiedyś cytat, w którym ktoś stwierdził, że dzieciństwo kończy się wtedy, gdy przestajemy bać się potworów spod łóżka, bo zdajemy sobie sprawę, że one żyją tuż obok nas. Za ścianą.
Czekam, aż zatonę w rozległym morzu weny. Czekam. Ale moja artystyczna dusza jest w klatce zwanej lenistwem i brakiem motywacji.
Zamknij oczy. Też je zamknę. Ładna ciemność, prawda? Bo ciemności, którą sami sobie tworzymy, nie powinniśmy się bać. Zwłaszcza tej w naszych sercach. Nie ma ludzi krystalicznie idealnych. Każdy ma mrok w sercu. Tylko niektórzy się w nim topią i zatracają samych siebie.
A po słonecznym dniu zawsze nastaje księżycowa noc.